Strona Łukasza Migury

Dzielnica cudów

Żyjemy w kraju postsowieckim. I co ciekawe, niektórzy z nas nadal zachowują się, jakby PRL nigdy się nie skończył.

Czajnik piszczy złośliwie. Głośno i nagle. Pod wpływem ciśnienia gwizdek wyskakuje na blat brudny od okruchów, odbija się i spada na podłogę. Danka śledzi go wzrokiem, wzdycha nawet poirytowana, bo to nie pierwszy raz, ale oblawszy przypadkowo dłoń wrzątkiem zaraz o nim zapomina i doskakuje do zlewu. Podstawia rękę pod wodę, widzi jak na skórze pojawia się bąbel. Wreszcie zakręca kurek i schyla się po ten nieszczęsny gwizdek. Wtedy też Roman śmiejąc się głupkowato uderza ją w pośladek, a ona zaskoczona i odrobinę zmieszana, choć owo zmieszanie ukrywa, podskakuje i wpierw nie wie, jak zareagować, a potem zaczyna się śmiać, nerwowo i sztucznie. Budzi tym śmiechem Wiolę, swoją dopiero co nastoletnią córkę, śpiącą w sąsiednim pokoju.

Dziewczyna jak tylko otwiera oczy, zdaje sobie sprawę, że matka znalazła nowego gacha. Trzeciego, odkąd policja zawinęła jej ojca. Prycha pod nosem ze złością, nie ma ochoty go poznawać. Mimo swych ledwie trzynastu lat wie, że ci wszyscy faceci liczą na jedno, chcą zaciągnąć Dankę do łóżka, pomieszkać u nich przez jakiś czas tanim kosztem, a potem, jak już im się Danusia znudzi, jak ludzie zaczną gadać, wynoszą się gdzieś dalej, do kolejnej naiwnej, która robi to inaczej, lepiej?

Dwóch poprzednich tak właśnie potraktowało ich mieszkanie, jak przystanek w drodze, na którym można, a nawet trzeba się przesiąść. Wiola nie spodziewa się, że tym razem będzie inaczej, nie pali się więc, by zajść do kuchni i siąść przy stole z obcym facetem, patrzeć na umizgi matki. Nie szanuje jej, w takich chwilach czuje do Danuty obrzydzenie, nie potrafi nawet mówić do niej mamo.

Ubiera się i siada na brzegu łóżka, liczy po cichu, że Danka i ten ten jej nowy nabytek rozpłyną się jak wspomnienie złego snu, znikną gdzieś na osiedlu, przestaną istnieć choć na moment. Czeka kwadrans, aż matka wreszcie na nią woła.

Przy stoliku, na zwyczajowo jej krześle siedzi on, Roman, czterdziestoletni, czerwony na twarzy pijak w znoszonej koszuli rozpiętej do połowy klatki piersiowej, przez co na zewnątrz wydostają się czarne, kręcące się włoski. Wiola go nie kojarzy, musi być nowy w okolicy. Ale Dance to nie przeszkadza, jest w niego wpatrzona jak w obrazek.

— Miłość od pierwszego wejrzenia, co? — Wiolka parska pod nosem, bo Danuta nawet śniadanie mu szykuje, a on zjada je całe w pośpiechu.

— To jest Roman — kobieta przedstawia mężczyznę. Chce się nim pochwalić. Chodzi po kuchni z wypiętą piersią.

Wiola kiwa mu głową, nie siląc się na uśmiech i zerka zazdrośnie na pusty talerz, na którym jeszcze przed momentem leżało kilka kanapek.

— Mi też zrobisz? — dziewczyna pyta raczej bez nadziei.

— Żartujesz? — matka prycha na Wiolę, jakby sama ta prośba była czymś absurdalnie nienaturalnym. — Masz dwie łapy, to sobie coś opierdol. My wybywamy — stwierdza, łapiąc Romana pod ramię i ciągnąc go ku drzwiom.

— Co ty odpierdalasz? — Roman zaraz się oswobadza. Wyrwa rękę z piekielnego uścisku, nie ma najmniejszej ochoty chadzać z Danką po osiedlu jak jakieś stare małżeństwo. Na wszelki wypadek uderza ją jeszcze w potylicę, w te farbowane fioletowe włosy, a Danka pochyla głowę jak pies, nad którym się znęcano. Zaraz potem uśmiecha się głupkowato, przepraszająco i ze strachem. Zaczyna mu tłumaczyć, że to z przyzwyczajenia i że faktycznie zachowała się jak idiotka. Wiola natomiast wpatruje się w matkę z narastającą frustracją; czekała aż wyjdą, a jak już oboje znikają gdzieś tam, na zewnątrz i ten irytujący chichot cichnie, rozmywa się w miejskim hałasie, ona staje przy lodówce.

— Czego się, kurwa, spodziewałam? — warczy ze złością.

Wyjmuje puszkę Rompera, bo nic innego tam nie znajduje i pada z piwem na kanapę. Na oszklonym stoliku kawowym, który kupili, zanim jej ojca zamknęli za włam — z którego zresztą potem mieli pieniądze na ten stolik — leży paczka niedojedzonych Laysów. Wygrzebuje ich kilka i popija siedmioprocentowym browarem. Prostuje ją od alkoholu, ale zaraz bierze drugi łyk, przez co nie przeszkadza jej nawet Anna Maria-Wesołowska. Wiola kibicuje jakiemuś młodemu koleżce oskarżonemu o pobicie i kradzież, myśląc przy tym, że kurator zaraz uznałby jej postawę za oznakę deprawacji. Ciekawe, co powiedziałby na piwko z rana, zaśmiewa się pod nosem, biorąc kolejny głębszy łyk. Browar z rana jak śmietana, mruczy, nie wiedząc nawet, gdzie to słyszała.

Po drugiej puszce zapada w sen i drzemie tak do popołudnia. Wstaje połamana, z językiem suchym na wiór. W kuchni nachyla się do kranu, chłepcze wodę łapyczywie, a kiedy wreszcie się prostuje, pojękując z bólu, zdaje sobie sprawę, że jej żołądek się kurczy, ściska ją z głodu. Wychodzi więc na miasto szukać matki. Trzeba zrobić zakupy, myśli sobie, wiedząc też, że Dance u boku nowego frajera nie w głowie będzie łażenie po sklepach za chlebem. Sama musi zadbać o żarcie.

Nie szuka jej długo. Oboje siedzą na jednej z ławeczek, zaraz obok schodów, prowadzących do podziemnego przejścia, z którego potem można dostać się na jedyny działający w mieście peron. Matka z trudem trzyma pion. Wygląda na nieźle zrobioną, Wiola myśli, idąc w ich stronę i bujając się jak te wszystkie chude dziewczyny w teledyskach raperów. Mimo wszystko kiwa się jak one, udając, że świetnie się bawi.

— Co jest mała? — Danka zagaja niby przyjaźnie, choć słychać w jej głosie pretensję. Wiola czuje, że matka jej tam nie chce.

— Potrzebuję kasy.

— A kto jej nie potrzebuje? — Danka śmieje się, a Wiolę denerwuje to coraz bardziej.

— Lodówka jest pusta.

— Nie mam. I chuj mi zrobisz — kobieta śmieje się, nerwowo zerkając na Romana, szukając u niego wsparcia.

On nie reaguje, odwraca wzrok.

— O Romuś. Może ty masz jakąś kaskę?

Roman zaraz się odsuwa i ponownie otwartą dłonią uderza Dankę w głowę.

— Jeb się, to nie mój bachor.

Kobieta wpierw patrzy na niego zaskoczona i oburzona naraz, by zaraz potem znów do niego przywrzeć, jak glonojad do szyby akwarium; trzyma się go kurczowo, boi się puścić, byle nie stracić go z oczu. Jeszcze by jej uciekł.

— Sama widzisz — rzuca do córki z narastającą pretensją. — A teraz spierdalaj. Do domu! Uczyć się! Bo jak nie to wpierdol. Co nie, Roman?

Roman więcej się nie odzywa. Ma w poważaniu córkę Danki. I samą Dankę. Właściwie nie wie, co tam robi, ale siedzą tak razem, cały dzień, na tej jednej ławeczce, nagabując przechodniów, licząc, że ktoś rzuci im kilka złotych na kolejne wino w plastikowej butelce.

Wiolka odwraca się na pięcie i łapie za komórkę; wybiera numer babki. Trzęsie się z nerwów i głodu.

— Co tym razem? — słyszy w słuchawce znudzony głos starszej kobiety.

— Ma nowego.

— Potrzebujesz czegoś? — babka pyta już bardziej troskliwie. Zna schemat, rytuał, który jej córka powtarza kilka razy w roku. Powielokroć kłóciła się z nią, chciała ją naprostować, tyle, że Danka nic sobie z tego nie robi, spływa to po niej.

— Zjadłabym coś.

— Miałaś dzisiaj coś w ustach?

Wiolka chce rzucić żartem o kutasie, ale się powstrzymuje. Jest cicho wystarczająco długo, by zmęczona życiem starsza pani sama zaproponowała obiad. Ma na piecu cały gar pomidorowej, i kiedy wreszcie Wiolka ją odwiedza, siadają wspólnie przy stole. Dziewczyna macha łyżką, a jej babcia patrzy na nią z troską i smutkiem. Czuje, jak coś w niej pęka.

— Taka chudziutka jesteś — rzuca, właściwie nie czekając na odpowiedź.

Wiola wzrusza ramionami. Woli być chuda, boi się po prawdzie, że podobnie jak matka na starość zmieni się w wieloryba, a nie chce tego, ma właściwie nadzieję, że więcej genów odziedziczyła właśnie po babce. Choć kiedy starsza pani proponuje ciasto, jabłecznik udekorowany cukrem pudrem, Wiola dziękuje grzecznie i szykuje się do wyjścia.

— Mogę przyjść jutro? — pyta niepewnie.

— Możesz tu spać, jeśli chcesz.

Kobieta wie, że wnuczka jej odmówi, zawsze odmawia. Chodzi jej po głowie, by zabrać Dance Wiolkę, na stałe, chciałaby ją wyprowadzić na ludzi, wierzyła, że choć ją będzie w stanie uratować, ale i tym razem milczy, puszcza dziewczynę w świat, wciskając jej tylko do chudej ręki siatkę pełną ziemniaków i marchewek. I kawałek kurczaka. Tyle może zrobić.

Wiolka chowa te ziemniaki pod łóżkiem. Jedynie z mięsem ma problem. Trzeba je wsadzić do lodówki, a tam zaraz znalazłaby je matka, albo ten pieprzony frajer z owłosioną klatą. Uznaje więc, że zje to mięso wieczorem i nim zaczyna zmierzchać, wrzuca kurczaka na patelnię, smaży go, aż w całym domu pachnie obiadem, jak kiedyś, gdy jej tata jeszcze był z nimi. Brakuje jej go. Chciałaby go odwiedzić, tyle razy kłóciła się z matką o wizytę, jej samej nie wpuszczą przecież do więzienia. Tyle, że Danka nie chce widywać meża, słuchać o odwiedzinach, zastanawiać się, co poszło nie tak. Skreśliła go. Skoro dał się złapać, nie jest wart, by zawracać sobie nim głowę, powtarza. Każe nawet Wiolce o nim zapomnieć. Ale jak młoda dziewczyna może zapomnieć o swoim tacie?

Wiola stoi ponad patelnią i czuje, jak łzy spływają jej po policzkach, prosto na tę gorącą powierzchnię. Patrzy, jak rozbryzgują się i znikają pod brązowiejącym kawałkiem drobiu. Je potem szybko, bojąc się, że kurwiąca się mamuśka i jej żigolak zaraz wrócą. Patrzy w drzwi, zamiast w telewizor i od tego stresu kłuje ją w brzuchu. Kładzie się na nierównej kanapie, łyka ibuprom, popija piwem, bo tego jednego w ich dom nie brakuje, i czeka. Koło dziewiątej budzi ją hałas, kłótnia, tocząca się gdzieś tam, na osiedlu, niby nic nowego, pewnie znów znajomi matki sprzeczają się o drobne, albo o rewir — zmieniają się, ustalają gdzie, kto i kiedy może żebrać. Czasem jeden czy drugi zapomina, czyja to kolej, by zbierać puszki, albo któregoś suszy tak bardzo, że ignoruje wcześniejsze ustalenia. Choć tym razem jest inaczej. Wiola podnosi się, patrzy na zegar i zaraz jej serce zajmuje jakiś lęk, bo Danki nadal nie ma, a zazwyczaj przed dziewiątą zawija na chatę.

Pewnie tak zachlała, że znów zapomniała, gdzie mieszka, Wiolka myśli ze złością. Już nie raz i nie dwa sprowadzała ją do domu. Czasem matka leży gdzieś w krzakach, pijana w sztok, zdarzało się, że ktoś ją gwałci i zostawia na uboczu, a ona wykończona dniem zasypia. Wtedy Wiolka musi jeszcze pomóc jej się ubrać, ogarnąć.

Wychodzi wreszcie na miasto, na z wolna kładącą się do snu dzielnicę cudów. Jesienią Wiolka widziała na ten przykład brata koleżanki, który w samych kąpielówkach, klapkach i czepku na głowie, późnym listopadowym wieczorem wiózł na rowerze swoją najmłodszą siostrzyczkę. Musiał przegrać jakiś zakład, ale bawił się dobrze, udawał nawet motocykl. Pamięta ten widok, bo ulicą akurat przechodził ktoś nowy, jakiś chłopaczek z psem. Chyba dopiero wprowadził się na osiedle i obserwował całą tę scenę z mieszanką oburzenia i niedowierzania rysującymi się na jego wciąż szczupłej twarzy.

Tym razem nic specjalnego się nie dziej. Nic poza tym, że jej matkę znów gdzieś wcięło. Błąka się pewnie między kamienicami, być może śpi wsparta o jakąś zimną ścianę ze spuszczoną do kolan bielizną, dziewczyna ponawia, nakręca się. Idzie zamyślona i z tej gonitwy myśli wyrwa ją krzyk. Chowa się za krzakiem, niedaleko ławeczki, na której zwyczajowo przesiaduje Danuta, jeśli akurat w okolicy nie ma policji ani straży miejskiej. Niby jest z nimi na ty, niby zna ich imiona i stopnie, ale mimo wszystko unika służb, nie tyle nawet ze strachu przed mandatami, co z faktu, że jak łapią ją z butelką, to zaraz każą ją wyrzucić, a to przecież osiem złotych za litr wina, piechotą nie chodzi, zdarza się, że cały dzień trzeba wydreptać za chujkami — jak mawia — w koszulach, tymi skąpymi skurwielami, co to nawet spojrzeć się brzydzą. Woła za nimi wtedy i obraża, chce zwrócić na siebie uwagę, wystraszyć.

Wiola wreszcie widzi Romana. Trzyma za koszulę jakiegoś starego. Potrząsa nim jak kukłą, a potem rzuca na ziemię. Siada nawet na nim i uderza raz i drugi, a matka stoi obok, patrząc na całą tę scenę ubawiona. Najpierw kibicuje Romanowi, ale jak stary zalewa się krwią, narasta w niej obawa, strach, że zaszło to za daleko.

— Już daj mu spokój — prosi. — Jak nie ma, to trudno. — Wzrusza ramionami i stara się zaciągnąć Romana gdzieś na bok. Wie, że Roman czasem się nakręca i wtedy traci hamulce. Robi to jednak zbyt późno. Nie odciąga go daleko, kiedy na przystanek podjeżdża radiowóz. Słyszy syrenę i sztywnieje. — Ktoś zadzwonił na pały — stwierdza zdenerwowana. — No chodź!

Roman nie reaguje. Tkwi w amoku. Stoi tam jak słup soli, jakby rzeczywistość do niego nie docierała.

Policjanci dopadają do niego, rzucają na ziemię, jeden klęczy na jego plecach, wygina ręce i zakłada kajdanki. Romek nawet się nie broni, zdaje się nieświadomy tego, co dzieje się wokół.

Danka cofna się o krok. Tłumaczy, że ona to nie ma z tym nic wspólnego, a jego, Romana, dopiero co poznała, ale gliniarze nie kupują tego jej tłumaczenia. Drugi policjant klęka przy starym, leżącym na ziemi w kałuży krwi, bada mu puls i zaraz wzywa karetkę, choć wie, że już za późno. Stary nie żyje. Uderzył głową o krawężnik, jak Roman rzucił jego wątłym ciałem o ziemię.

— Czemuś to zrobił się pytam? — Policjant krzyczy, ale widząc, że Roman nie odpowiada, przygląda się Dance. W niej szuka odpowiedzi. — Po co to zrobił?

Ona gra oburzoną. Czuje, że jej to nie dotyczy, głęboko w to wierzy. Nie wie nawet, czemu i ją zabierają.

— Ognia chcieliśmy pożyczyć. Gość twierdził, że nie ma, a kurwa, ile razy to widziałam, jak popala? Musiał mieć, jebaniec! — broni się. Wydaje się jej nawet, że mówi racjonalnie.

Wiolka widząc, jak i jej matkę zabierają, wybiega zza zakrętu.

— Mama! — woła z desperacją. Zaczyna płakać, a rzadko jej się to zdarza.

Obejmuje Dankę z sercem walącym ze strachu, myśli, że może tak ją uratuje. — Nie zabierajcie jej!

Danka tylko się do niej uśmiecha. Zdaje sobie sprawę, że to nie ona jest winna, już raz siedziała, wtedy, jak aresztowali jej męża. Przezimowała na Szymanowskiego i nawet się jej to spodobało, miała dach nad głową i zawsze pełny talerz. Wypuścili ją jakoś na Wielkanoc, nic wielkiego w jej mniemaniu. Teraz też zakłada, że potrzymają ją do wyjaśnienia i wyjdzie niedługo.

— Widzimy się za góra trzy miesiące — rzuca do córki, pewna swego, przekonana, że oszukuje system, że nikt nie jest jej w stanie ruszyć. — Się kurwa nic nie martw.

Policjant nachyla się do Wiolki.

— Masz z kim zostać, czy mamy dzwonić po opiekę?

Dankę to pytanie rozsierdza. Odzywa się w niej jakiś matczyny instynkt. Myśl, że ktoś może zabrać Wiolę, wywieźć gdzieś w Polskę i już jej nie zobaczy, wytrąca ją z równowagi.

— Ani mi się, kurwa, waż, skurwielu! — Rzuca, ale gliniarz tylko łapie mocniej za kajdanki zaciśnięte na nadgarstkach Danki i kobieta zaraz stęka z bólu. — Dzwoń do babki. Z nią zostaniesz.

Policjant kiwa głową.

— Zaczekamy. — Nie wierzy w zapewnienia pijaczków, nie wierzył więc i Dance, zna ją przecież, tyle razy wypisywał jej mandat, widywał ją na osiedlu, jak żebrała.

Wiolka z nerwów ledwie daje radę zadzwonić. Czeka potem w towarzystwie policjanta, aż przyjdzie po nią babcia, aż wyjaśni, że są rodziną i że mała zostanie u niej, a potem babka prosi policjanta, żeby Danki już nie wypuszczali i że tak będzie lepiej dla małej.

On chciałby jej to obiecać. Patrzy na tę starą kobietę ze zrozumieniem i współczuciem i nie mówi więcej, choć wie, że Danka ma rację, że to jej przekonanie, że nic jej nie grozi nie jest bezpodstawne. Przecież dotąd nie zamknęli jej za napaść. To pierwszy raz. Może się tłumaczyć, że to nie ona, że w afekcie, pijana była i zakochana, a przecież nijak nie jest w stanie się przeciwstawić dorosłemu mężczyźnie. Gliniarz wreszcie rusza do wozu. Prowadzi kobietę przed sobą, a już przy samochodzie kładzie swoją dłoń na jej głowie i pomaga jej wejść. Danka zerka na córkę ze spokojem.

Roman natomiast chrapie wsparty głową o drugie okno. Dopiero nazajutrz rano, dowiedziawszy się, że zabił kogoś bo Danka chciała ognia, szlag go trafia. Klnie na czym świat stoi i nie może zrozumieć, co go pchało do tej obleśnej tłustej baby.

Rano Wiolkę budzi zapach kawy i jajecznicy. Nie pamięta, kiedy ostatni raz jadła śniadanie. Przez moment myśli nawet, że matka faktycznie mogłaby zostać w pierdlu. Dopiero potem, gdzieś koło dziewiątej ogarnia ją jakiś głód, pragnienie. Zagląda do lodówki, otwiera ją drżącymi dłońmi, ale nigdzie nie ma piwa, a taką ma ochotę. Wychodzi na miasto, ignorując wszystkie pytania starszej kobiety, siada na ławce i przypatruje się bogatym mężczyznom w białych koszulach. Przełamuje się wreszcie i podchodzi do jednego takiego.

— Masz złotówkę? Brakuje mi — rzuca szybko, jakby się wstydząc.

A on, ten w mordę czesany elegant, tak o nim myśli, patrzy na nią z góry, prycha pod nosem i nawet nie raczy jej odpowiedzieć. Jakby nie istniała. Wiola czuje jego pogardę, ona wie, że chciałby, by Wiolka zniknęła, żeby nie burzyła mu świata, który sobie zbudował. Nie pasuje mu do rzeczywistości, chętnie wyrzuciłby ją na śmietnik, gdzieś na obrzeża, byleby jej nie oglądać.

Wraca wreszcie na ławkę i czeka na kolejnego kolesia, który postawi jej piwo, a ona, w geście wdzięczności być może zaciągnie go gdzieś tam, za zakręt, przy paczkomacie, zdejmie mu spodnie i przynajmniej w ten sposób się odwdzięczy.

WRÓĆ