Strona Łukasza Migury

Jabłecznik był słodki tego roku

O młodym małżeństwie szykującym sobie ciepłe gniazdko.

Tuż obok starej kamienicy, przed którą biegnie chodnik wyłożony popękanymi płytami, znajduje się nieoświetlone przejście dla pieszych. To tam przynamniej raz na kwartał ktoś wpada pod samochód. Przyjeżdża wtedy policja i pogotowie, zabierają nieszczęśnika, a kolejnego dnia na portalu z lokalnymi newsami można przeczytać, że w mieście jest o jedną osobę mniej. Bezpieczniej jest więc korzystać z zaniedbanego i brudnego tunelu, z którego potem schody pną się na drugą stronę głównej ulicy i dalej, na dwa wciąż działające perony miejskiego dworca. Z drugiej strony podziemne przejście wychodzi pod drzwi dawnego budynku kas, który podobnie jak trzecia rozsypująca się platforma, lata świetności ma dawno za sobą.

Wspomnianą kamienicę wzniesiono jeszcze przed wojną. Jest to dwupiętrowy, podpiwniczony gmach z czerwonej cegły. W latach dwudziestych ubiegłego wieku pełnił funkcję poczty, potem, w trakcie wojny przemianowano go na siedzibę nazistów, pilnujących więźniów w obozie przejściowym, znajdującym się po drugiej stronie torów, a już po wojnie, kiedy jedno zło zastępuje się drugim, biura w kamienicy przerobione zostają na mieszkania i przydział na nie z tytułu pracy na kolei otrzymują ojcowie obecnych lokatorów. I właściwie od lat pięćdziesiątych nic się w tej kwestii nie zmienia. Żyją tam robotnicy, z dziada pradziada.

Kamil i Dorota, młode małżeństwo, wciąż pełne ideałów i nadziei wynajmuje czterdziestopięciometrowe mieszkanie od Stefana, ojca dziewczyny. Wcześniej pomieszkuje w nim górnicza rodzina, ale z chwilą, z którą mężczyzna, pracownik dołowy pobliskiej kopalni przechodzi na emeryturę i zaczyna przebąkiwać o powrocie na północ, w rodzinne strony, teść Kamila, zastanawia się, co zrobić z tym zapuszczonym lokum. Dlatego kiedy młodzi pytają o możliwość podnajmowania nieruchomości, Stefan zdaje się uradowany. Nie chce nawet odstępnego. Kamil z Dorotą dostają więc swoje pierwsze gniazdko właściwie za bezcen. Trzeba tylko całość wyremontować i rzecz jasna opłacać czynsz. Zdaje im się, że złapali pana Boga za pięty.

Zaraz po ślubie, nie mając większego wyboru wprowadzają się do pokoju Doroty, gdzie cisną się na niedużej rozkładanej wersalce, ale to nie ta wersalka im przeszkadza, a przynajmniej nie na tyle, by spieszyć się z wyprowadzką. Presję i nerwowość w ich życie wprowadza teściowa Kamila, Basia. Właściwie i on, i Dorota ledwie po dwóch miesiącach gnieżdżenia się na tych kilku metrach mają dość mamusi, stąd chęć szybkiej wyprowadzki i poszukiwania taniego mieszkania.

Przy pierwszej wizycie w nowym-starym mieszkaniu Kamil widzi ile tam jest do zrobienia. Łapie się przez to za głowę i traci cały zapał. Przedpokój jawi się jako ciasna klitka, w której nie zmieści się nawet malutka szafeczka na buty, nie mówiąc o trzymaniu tam płaszczy, kurtek, czy czegokolwiek innego, drzwi po prawej prowadzą do pokoju, pełniącego wcześniej funkcję sypialni dla dzieci, natomiast podłogę zarówno w przedpokoju, jak i w tej sypialni pokrywa gumolit, a że pod nim znajduje się już wyłącznie wylewka, nota bene nad wyraz źle położona, trzeba uważać, jak stawia się stopy. Idąc z przedpokoju na wprost trafia się do salonu z na wpół otwartą kuchnią. Pokój dzienny oddzielony jest od kuchni niskim murkiem, czymś w rodzaju wydawki, na której można kłaść talerze. Wszystkie ściany salonu, a przynajmniej ich dolna część, pierwsze półtorej metra licząc od podłogi, pokryte są różową tapetą z elementami brokatu, przez co w świetle dnia wnętrze mieni się, jak tandetna sylwestrowa kreacja. Wieńczy ją, tę tapetę, kształt przypominający falę, jest to tak naprawdę dziesięciocentymetrowy zielony pas. Nijak ta zieleń nie współgra ani z różem, ani z żółtą farbą, kryjącą resztę ściany. Wszystko sprawia wrażenie, jakby ktoś przypadkowo dobierał kolory.

Podłoga w salonie niczym nie różni się od tej w sypialni dzieci. Na jednym metrze kwadratowym różnica poziomów wynosi nawet pięć centymetrów. Oboje, on i Dorota, śmieją się nawet, że wyjechali w Bieszczady, tak jest tam krzywo.

Tuż obok kuchennego blatu, a właściwie miejsca, w którym ten blat wcześnej się znajdował, bo poprzedni lokatorzy zabrali wszystkie meble, są kolejne i ostatnie już drzwi, prowadzą do łazienki, w której ostała się jedynie stara wanna z rozpadającą się plastikową obudową i wiszący ponad nią leciwy już junkers; muszą się go pozbyć w pierwszej kolejności, bo od pierwszej chwili trąci gazem.

Z pomocą w remoncie przychodzi im Maciek, bliski przyjaciel Basi, mamusi, w pełnej krasie tego słowa. Teściowa Kamila spotyka się z Maćkiem, by mieć obok siebie mężczyznę, potrzebuje go przede wszystkim do rozmów i drobnych napraw. Stefan, jej mąż, odszedł od niej przeszło dwadzieścia lat wcześniej, kiedy Dorota miała ledwie trzy lata. Mężczyzna zdawał się ponoć niegotowy na tę nową rolę i być może oferując im mieszkanie bez odstępnego chcę choć trochę odkupić swoje winy.

Maciek po godzinach dorabia sobie drobnymi pracami. Właśnie u Basi maluje sufit, u jej sąsiadki naprawia kaloryfer. Kamil wie, że mężczyzna ma jakieś tam doświadczenie, a już napewno większe od niego, bo kiedy był jeszcze mały i rodzice choćby tapetowali pokój, chłopak trzyma się z boku. Słyszał wtedy, ża ma się nie mieszać. Nie uczył się więc pracy z klejem, szpachelką czy młotkiem, a teraz już nie chce, zresztą ciągnie go do komputerów chyba od zawsze. To w nich się specjalizuje.

Zapraszają Maćka, on i Dorota, do tego ich gniazdka, przedstawiają mu swoją wizję, a on stwierdza, że musi wszystko policzyć i po tygodniu dzieli się kosztorysem. Kamil nie wie, skąd myśl, że robota zajmie miesiąc. Może to przez ten brak doświadczenia? Maciek ma przecież przychodzić popołudniami. Zresztą mężczyzna sam z początku nie jest pewien, ile czasu spędzi u nich i jak już przygotowuje rozpiskę, plan działania, traci ochotę, by pchać się w tak duży projekt, ale by wkupić się w łaski Basi, bo liczy chyba na coś więcej, zgadza się pomóc. Krzywi się przy tym i nie do końca potrafi odpowiedzieć, ile to wszystko będzie kosztować. Cenę podaje na oko.

— Będzie dobrze — podkreśla.

Bierze do tej roboty brata, Witka, niskiego, grubawego równolatka Kamila. Choć nawet z jego pomocą Maciek szacuje, że remont zamkną najwcześniej przed świętami. Kamila ta wizja przeraża. Kolejne trzy miesiące pomieszkiwania u mamy, chadzania na kompromisy, zaciskania zębów. Ale zgadza się. I na termin, i na wycenę prac.

Drugiego dnia remontu Maciek, ponoć przypadkiem, wyrywa ze ściany kabel i zaraz pokazuje Kamilowi w jak złym stanie jest cała instalacja. Większa część, o ile nie wszystkie przewody są aluminiowe, miejscami nadłamane, grozi to spięciem i pożarem. Kamil przeklina pod nosem, a zdarza mu się to rzadko. Nie spodziewał się, że czekać ich będzie gruntowny remont, miał raczej nadzieję odnowić wnętrza, kupić sprzęty i tyle, zamieszkać, cieszyć się życiem.

— Mam znajomego, który może pomóc — Maciek rzuca ochoczo, jakby ten znajomy płacił mu za polecenia.

Kamila nawet to bawi, sam chciał próbować afiliacji, zarabiać na tworzeniu treści, w które wrzucałby linki do sklepów.

Dzień później poznają Andrzeja, chudego wąsatego elektryka Tauronu, co to wieczorami szuka prywatnych zleceń. On też, po godzinach, podobnie jak Maciek, montuje sprzęty, naprawia gniazdka. I kiedy Maciek opowiada mu, ile w mieszkaniu Kamila i Doroty jest do zrobienia, oczy mu się świecą, wygląda jakby ktoś go podpiął do prądu. Elektrycy liczą sobie w tamtym czasie trzydzieści złotych od punktu, to jest od każdego zamontowanego gniazdka czy włącznika. Dodatkowo trzeba zapłacić za nową rozdzielnicę i każdy metr położonego kabla. Andrzej planuje robotę i przedstawia cenę, na co Kamil z Dorotą wzruszają tylko ramionami, do planowanych trzydziestu tysięcy na remont i wyposażenie muszą dodać kolejne cztery. Gdzieś z tyłu głowy zaczynają rozumieć, że nie doszacowali kosztów. Ale dysponują rezerwą na nieprzewidziane wydatki. Kamil ma tylko nadzieję, że to koniec niespodzianek.

— Przygotuje pan umowę, czy my mamy to zrobić? — pyta i trochę tym zaskakuje Andrzeja, bo mężczyzna nie chce umowy, twierdzi, że wolałby rozliczyć się w dwóch ratach, pierwsza połowa przed robotą, na materiały, a druga po wszystkim, rzecz jasna w gotówce, bez papierów.

W głowie Kamila zaświeca się czerwona lampka. Ale co mają zrobić? Czekać na fachmana z firmą? Wyłożyć dwa razy tyle? W końcu przystają na tę jego prośbę, bo ponoć wszyscy tak z nim współpracują i jeszcze nikt nie był zawiedziony.

Tydzień później dzwoni telefon Kamila.

— Mamy problem — Maciek odzywa się poważnie, straszy tym chłopaka.

Spotykają się po południu. Kamil z Dorotą jadą do mieszkania z duszą na ramieniu, przejęci, pełni obaw, bo ostatnim razem, kiedy usłyszeli o problemie, musieli wyciągnąć portfel. I tym razem jest podobnie.

— Potrzebujemy zaliczkę na materiały — Maciek rzuca na wejściu, siedząc na odwróconym wiaderku i popijając piwo.

Obok stoi jego brat, Witek, także trzyma puszkę lokalnego browaru. Tylko pan Andrzej wspiera się o drabinę w salonie, siorbie czarną, mocna kawę i pali papierosa, taniego, aż Kamila dusi od tego dymu; krztusi się, ale nic nie mówi.

— Ile? — wyrzuca z siebie na wydechu.

Maciek zerka w notes, liczy coś w głowie.

— Trzy tysiące.

Kamil znów się krztusi. Potem kiwa głową, spodziewając się, że tak to będzie wyglądać, że ekpia będzie prosić o pieniądze w trakcie roboty. Ma tylko nadzieję, że ich nie przepiją.

Maciek natomiast wygląda na zdziwionego, kiedy Kamil już kolejnego dnia wręcza mu gotówkę i prosi o pokwitowanie. Chyba wtedy po raz pierwszy Maciek, Witek i Andrzej patrzą na Kamila ze złością, cała trójka zaczyna rozumieć, że nie jest typowym inwestorem, co to płaci i chce przyjść na gotowe. Ale jego, Kamila, to nie obchodzi. Całe życie matka wpaja mu zasadę, że trzeba liczyć na siebie i nie dać się oszukać, karmi go tym poczuciem zagrożenia, nieufnością, już od maleńkości. On staje się więc przezorny, a to jak widać spotyka się ze sprzeciwiem ze strony tych, co to całe życie kombinują, kręcą się to tu, to tam w poszukiwaniu fuch, byleby jakoś dotrwać do pierwszego.

— Aha — wtrąca Maciek, chowając pieniądze do portfela. — Znaleźliśmy jeszcze to — wręcza Kamilowi stronę z gazety, którą wyjęli spod tynku.

Na pierwszej stronie Trybuny dziennikarz gratuluje zaprzyjaźnionemu bratniemu narodowi wysłania w kosmos człowieka. Chłopak śmieje się nawet, choć już wychodząc ogarnia go jakiś strach, poczucie, że zbliża się coś, czego nie przewidział.

Tamtej jesieni zaczynają się akurat eliminacje do kolejnych mistrzostw i Polska gra mecz za meczem. Maciek i Witek bardziej skupiają się na nich, niż na robocie, a jak już się pojawiają się w mieszkaniu, targają ze sobą mały telewizorek, stawiają na wiaderku i zdrapując tapetę ze ścian, tę obrzydliwą, różową z brokatem, gapią się w ekran. Raz Kamil przyłapuje ich na pozorowaniu roboty, szlag go wtedy trafia, chce urządzić awanturę, jak to on, kiedy coś nie idzie po jego myśli, ale Dorota każe mu się zamknąć, bo nie znaleźliby drugiej ekipy na już, zresztą pewnie wzięliby więcej i tylko by pytali: panie, kto panu to tak spieprzył?. Sznuruje więc usta, przypomina mu się, że podczas remontu łazienki w jego rodzinnym domu matka nosiła kawę robotnikom, ojciec natomiast pijał z nimi piwo, byleby przychodzili i się nie obijali. Kamil nie wyobraża sobie, by tak biegać wokół nich z kawusią i obiadkiem. Mierzi go myśl, że ktoś jeszcze tak robi, twierdzi nawet, że to psuje rynek. Ma nadzieję, że oni tego nie oczekują. Obchodzi tylko mieszkanie, jak pan na włościach, przyglądając się postępom i dochodzi do wniosku, że Andrzejowi robota idzie sprawniej, jest bardziej skupiony. Nim Maciek i Witek zdrapują tę przeklętą tapetę, on ma już wykute dziury, a kiedy tamta dwójka zaczyna zabawę z okładaniem ścian płytami, bo ponoć są tak nierówne, że nie ma sensu kłaść na nich gładzi — przez co cała zabawa w zdrapywanie różowego brokatowego paskudztwa traci na znaczeniu — Andrzej montuje rozdzielnicę. Tłumaczy potem Kamilowi, który bezpiecznik jest od czego, ale chłopak nijak nie może tego zapamiętać, jakby w jego mózgu istniała jakaś klapka, która zamyka się, kiedy rozchodzi się o sprawy związane z remontem. Dopiero po wszystkim podpina do gniazdek lampy, włącza je jedna po drugiej i patrzy, gdzie gaśnie światło.

Andrzej dostaje pieniądze jak chciał, połowę z góry, drugą po zleceniu. Dlatego kiedy po wszystkim, już po drugiej racie, przychodzi z wyciągniętą ręką, twierdząc, że Kamil z Dorotą są mu jeszcze krewni półtorej tysiąca za kable, bezpieczniki i gniazdka, czują się, jakby ktoś pluł im w twarz. Zresztą i pan Andrzej zdaje się oburzony ich odmową, widać zapomniał, jak się umawiali. Może dlatego nie chce nic podpisywać? Może wycina taki numer wszystkim?

Dopiero po miesiącu Kamil przypadkiem dowiaduje się od Witka, brata Maćka, że Andrzej ma problemy finansowe. Przegwizdał wypłatę na automatach i brakuje mu na czynsz. Chłopak jest z siebie dumny, trwa przy swoim i nie daje fachmanowi ani złotówki ponad to, co ustalili na początku. Zresztą dla Maćka i Witka to jasny sygnał, że młodzi nie dają się naciągnąć na dodatkowe koszty.

Kamil zaczyna nawet brać od Maćka paragony po każdych zakupach, sumuje je potem z Dorotą w specjalnym arkuszu, chcą dokładnie wiedzieć, ile ich kosztuje cała ta przeklęta przygoda. Nie przeszkadza to jednak Maćkowi przychodzić do Kamila tydzień po tygodniu i prosić o kolejne raty, a on, niczym bankomat wypluwa z siebie tysiąc za tysiącem.

W grudniu robota staje. Wpierw Maciek z Witikem tłumaczą się świętami, ponoć zakupy trzeba zrobić, dom ogarnąć i rzecz jasna odpocząć. Trudno z tym polemizować. Po nowym roku wyskakują z turniejem piłki ręcznej, który także trzeba śledzić, jak te piłkarskie eliminacje jesienią, bo gra reprezentacja. Przerwa trwa więc do końca stycznia, a Kamil zaczyna chodzić po ścianach. Rozmowy z teściową stają się napięte do granic, niemal nie do zniesienia, nawet jego żona, ta wyrozumiała Dorota, ma dość matki. Niby kochana mamusia nie jest konfliktowa, ale z jakiegoś powodu przy częstszych kontaktach nabiera przekonania, że ma prawo ingerować w życie młodych. Z czasem zaczyna nawet sugerować swoje rozwiązania jako te właściwe, jedyne, a kiedy trafia na ścianę, na opór, przede wszystkim ze strony Kamila, próbuje wpływać na córkę, byleby stworzyć front przeciw zięciowi. Wtedy i Dorota się buntuje. Właściwie oboje mają już dość tej ciągłej słownej przepychanki o każdą głupotę. Nastają ciche dni. Szukają sposobu, by ograniczać kontakt z Basią, jadają na mieście, albo siedzą w remontowanym mieszkaniu i sprzątają brudy, które zwyczajowo powstają przy pracach budowlanych. A Jest tego sporo. Samego gruzu wywożą ponad trzy tony, wszystko przez to, że Dorota w przedpokoju chce odkryć jedną ścianę i oczyścić cegły. Zajmuje to nieco czasu i kosztuje równie dużo. Potem zresztą okzuje się, że dawniej fachowcy układali cegły byle jak i zamysł zdaje się daleki od tego, co sobie zaplanowali, co Dorota widuje na Instagramie nuworyszy z Warszawy.

Coraz większymi krokami zbliża się Wielkanoc. W górach jeszcze leży śnieg, ale w mieście częściej pada już deszcz. Robi się nieprzyjemnie, a włóczenie się po ulicach, po mieście i parkach, byleby nie siedzieć z mamusią przed telewizorem, staje się trudniejsze. Wtedy też, w tłusty czwartek, Kamil zaczyna rozumieć, że Maciek mówiąc o końcu pracy przed świętami miał na myśli właśnie Wielkanoc, a nie Boże Narodzenie. Czuje wtedy złość na siebie, że tego nie doprecyzował. Obiektywnie nic by to nie dało, ale przynajmniej mógłby się odpowiednio nastawić. Nie żyłby w takim napięciu.

I kiedy wreszcie się ociepla, a okolica wypełnia się pijaczkami, wyłażą na światło dzienne jak ślimaki po deszczu, chodnik przed kamienicą wyremontowano. Jest jakoś jakoś tydzień przed przeprowadzką. Wygląda to tak, jakby samo miasto chciało ich powitać, powiedzieć, cieszcie się życiem, płaćcie podatki i starajcie się być niewidzialni, jak reszta. Ale tam trudno było o tę niewidzialność, normalność. O zwyczajnym życiu, czymkolwiek ono jest, mowy być nie może.

Kamil przekonuje się o tym któregoś marcowego, dość chłodnego wieczora, kiedy wychodzi akurat na spacer z psem. Zmierza gdzieś w głąb osiedla. Wtedy właśnie pojmuje, że miejsce, w którym zamieszkają jest wyjątkowe. Środkiem ulicy na rowerze przy dwóch stopniach na plusie jedzie młody chłopak, na bagażniku wiezie swoją być może młodszą siostrzyczkę, ubraną wyłącznie w piżamę, on natomiast ma na sobie kąpielówki i czepek. Wydaje przy tym dźwięki motoru, bawiąc tym siostrę do rozpuku.

Kamil patrzy na nich zaskoczony, zresztą i jego pies wydaje się zainteresowany całą tą sceną. Szczeka jak najęty. Wracają potem do domu, do tego pustego pokoju. Kamil chce podzielić się z Dorotą i Maćkiem tym, co widział, ale i oni mają dla niego opowieść. Nie tyle ciekawą, co obrzydliwą, bo z okna pokoju, które ma stać się ich sypialnią zobaczyli bezdomną kobietę. Nie kryła się, nie szukała ustronnego miejsca, ot po prostu na środku podwórka zsunęła spodnie, przykucnęła w słowiańskiej pozie i, jak stwierdza Maciek, zesrała się. Na oczach ich i wszystkich pozostałych ludzi, którzy w tamtym momencie mogli wyjść do okien swoich mieszkań.

Kamil nie jest już pewien, czy dobrze zrobili remontując to mieszkanie. Czy on sam chce tam spędzić najbliższe lata; wychowywać dzieci? Wtedy, na dowidzenia Maciek wręcza im jeszcze kartkę wyrwaną z notesu, na niej zaś wypisał wszystkie prace i koszty dodatkowe, bo jak stwierdził, część sprzętu kupowali za swoje.

Żąda trzydzieści procent ponad ustaloną kwotę, uśmiecha się przy tym tak, że w Kamilu aż się gotuje. Patrzy na Maćka z niesmakiem, zaciskając pięści aż knykcie mu bieleją, a kiedy potem, w niedzielę, siada do obiadu przy stole Basi i wraz z Dorotą opowiada o wszystkim mamusi, ona stwierdza, że Maciek był u niej i żalił się, że Kamil nie chce zapłacić.

— I jak to mieszkanie? — Basia wreszcie zagaduje ciekawa, nakładając ciasta na talerzyki młodych. Kamilowi chce nawet zaproponować dwa kawałki.

— Dobrze. — Oboje uśmiechają się grzecznie i łapią za widelczyki.

Jabłecznik jest słodki, choć oni czują gorycz. Piecze ich w gardłach.

WRÓĆ