Czasem los rzuca nam prezenty, na które nie jesteśmy gotowi. A zepsuty, brutalny świat popycha nas w stronę, w którą dawniej baliśmy się nawet spojrzeć.

Strome, wąskie schody prowadziły mnie na pierwsze piętro kamienicy, w której wynajmowałem mały pokój. Drogę na górę pokonywałem w ciszy i skupieniu. Każdego wieczora modliłem się w duchu, by z przeciwnej strony nikt nie schodził, a już na pewno nie osiłek z trzeciego, który za punkt honoru przyjął sobie dokuczanie mi. Już nie raz zdarzało się, że mijał mnie w korytarzu czy na owych schodach i po każdym takim niewinnym tête-à-tête, kończyłem z siniakiem pod okiem, naciągniętą bielizną — tak ktoś jeszcze to robi — lub ręką wykręconą w taki sposób, że potem nijak nie mogłem spać na tym konkretnym boku. Cała ta sytuacja miałaby rację bytu gdybyśmy byli nastolatkami, a kamienica należałaby do większej całości, określanej mianem placówki edukacyjnej. Z jakiegoś powodu społeczeństwo przyzwalało na gnębienie słabszych w szkolnych murach. Byłem przekonany, że kończąc ogólniak pozbędę się tego problemu. Niestety w kilka lat potem wprowadziłem się do tej kamienicy i raz jeszcze musiałem przechodzić przez znany mi już scenariusz.
Kiedy dotarłem na półpiętro, u szczytu schodów dostrzegłem zarys sylwetki. To był on. Michał z trzeciego. Dałbym sobie głowę uciąć, że kiedy tylko mnie dostrzegł, zarechotał złowieszczo. Przezornie złapałem za torbę, w której trzymałem aparat fotograficzny. Mógł mnie gnoić, ale tego jednego nie miał prawa tknąć. I być może właśnie ten gest wzbudził jego ciekawość. Bo kiedy tylko zbliżył się do mnie, zapytał:
— Co tam chowasz?
Kazałem mu spierdalać, ale on zaśmiał się raz jeszcze i spróbował sięgnąć długimi, grubymi łapskami do mojej torby. Zrobiłem piruet i szczęśliwie minąłem go, przeciskając się pomiędzy jego monumentalną sylwetką a ścianą. Przeskakiwałem po dwa, czasem trzy stopnie. Uciekłem, on zaś został na półpiętrze. Rechotał i odgrażał się, że następnym razem tak łatwo mi nie odpuści.
Wewnątrz cały drżałem. Po każdym takim spotkaniu powtarzałem w myślach, że powinienem wrócić i rozwiązać tę sprawę, jak na prawdziwego faceta przystało. Ale potem do głosu dochodził rozsądek. Z obitą mordą spałoby mi się gorzej, a stan rzeczy nie uległby wielkiej zmianie. Ot na kilka dni dałby mi spokój, żeby moja gęba nabrała normalnych kolorów.
Z tych nerwów ledwo trafiłem kluczem do zamka. Trzasnąłem drzwiami i na wszelki wypadek zamknąłem je za sobą na trzy spusty. Wyjąłem z aparatu kartę pamięci i zostawiłem sprzęt na kredensie, pomiędzy zdjęciem z rodzicami a butelką taniej whisky; na nic lepszego nie mogłem sobie pozwolić, a i tę konkretną butelkę otwierałem tylko w chwilach większego wzburzenia.
Stanąłem przy oknie z papierosem w ustach i wpatrywałem się we wsiadającego do wozu Michała. Osiłek ledwo zmieścił się za kółkiem. Opuścił dach i włączył muzykę tak głośno, że słyszałem ją mimo pozamykanych okien. Pierdoloną techniawką musieli raczyć się wszyscy na osiedlu. Widać gość zakładał, że jego gust muzyczny podzielał każdy w promieniu kilkuset metrów.
Usiadłem na kanapie, włączyłem laptopa i wsunąłem kartę pamięci do otworu w obudowie komputera. Na ekranie pojawił się folder ze zdjęciami zrobionymi tego wieczoru. Szlag mnie trafiał, kiedy patrzyłem na kolejne ruszone kadry. Jeśli już udało mi się złapać ostrość, na ogół celowałem w czyjąś rękę lub nogę. Z ponad stu pięćdziesięciu prób sfotografowania miejscowej gwiazdki, wyszło ledwie kilkanaście. Co mnie tknęło, żeby robić zdjęcia na manualu, pomyślałem. Wiedziałem, że żadna redakcja tego nie kupi. Co najwyżej do bazy zdjęć. A jeśli nie mogłem liczyć na rozkładówkę nowego wydania lokalnego szmatławca, nie mogłem też spodziewać się kokosów. Skopiowałem pliki na dysk i wysłałem je do wszystkich redakcji, z którymi współpracowałem. Miałem nadzieję, że choć jedna wykaże krztynę zainteresowania.
Nieco zniechęcony, włączyłem niedokończony film na platformie, udostępniającej najnowsze produkcje właściwie za darmo. Ot trzeba było założyć konto, podać maila i co jakiś czas klikać w reklamy, żeby nie zablokowali profilu. Można powiedzieć, że to taka niemal trójstronna transakcja, w której wygrywałem ja i właściciel portalu. Przegrywał jedynie producent filmu.
Po kilku minutach usłyszałem dźwięk przychodzącej poczty. W rogu ekranu mignął mi tytuł wiadomości. Już chciałem zatrzymać odtwarzacz i zerknąć na skrzynkę, kiedy do drzwi ktoś zapukał. Miarowo uderzał w nie pięścią, jakby wybijał takt jakiejś popularnej piosenki.
— Cholera, Robespierre, wyłaź! Wiem, że tam siedzisz.
Wstałem od komputera i otworzyłem drzwi.
— Pan Mikulski — zacząłem ze sztucznym uśmiechem wyrysowanym na twarzy.
Mikulskiemu natomiast nie było do śmiechu. Przesunął palcami po niemodnym już zaroście a'la Michał Milowicz i westchnął.
— Robcio, Robcio. Co ja mam z tobą zrobić?
— Zapłacę. Mam świetny materiał. Już poszedł do redakcji. Właśnie ktoś przysłał odpowiedź — odparłem. — Miałem negocjować warunki.
— Czemu ja się na to nabieram, Rob?
— Bo ma pan dobre serce, panie Waldku.
— Czekam na czynsz za poprzedni miesiąc — rzucił, oddalając się od drzwi. — I pamiętaj, że ten miesiąc też powoli się kończy. A wiesz, co robię z lokatorami, którzy są mi krewni za dwa miesiące z rzędu.
— Wiem, panie Waldku. Wiem — powiedziałem już bardziej do siebie, niż do niego.
Zamknąłem drzwi i wróciłem myślami do wiadomości, która na ekranie pojawiła się kilka chwil wcześniej. Tytuł był obiecujący. Niestety sama treść tylko podniosła mi ciśnienie.
— Nie przysyłaj nam więcej zdjęć — zobaczyłem u samej góry ekranu, wytłuszczone i wypisanie kapitalikami. Poniżej widniał podpis dziennikarza Jedynej Prawdy, lokalnego tygodnika, po który sięgały głównie kury domowe i emeryci.
Kładłem się spać wkurwiony i z poczuciem beznadziei. Wymarzyłem sobie, cholera, karierę fotografa. Widać te kilka osób, którym kiedyś podobały się moje zdjęcia, albo naigrywali się, albo próbowali być mili. I teraz przyszła pora zapłaty za naiwność. Rodzice pytali mnie kilkukrotnie, czy jestem pewien drogi, którą chcę podążyć. Ale mnie omamiło marzenie.
Mogłem pójść na studia i po pięciu latach zakuwania regułek siedzieć za biurkiem. Przenosić cyfry z jednej kolumny do drugiej przez osiem godzin dziennie, trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Aż do usranej emerytury, na której biegałbym od lekarza do lekarza i pytał, jak poradzić sobie z bólem pleców. Ale nie, wolałem walkę o każdą złotówkę. Kontakty z ludźmi i obserwowanie świata przez wizjer. To mnie jarało. Czułem, że żyję.
Teraz wiem, że łatwo mówić o spełnianiu marzeń, kiedy za czynsz i michę płacą rodzice. Moi niestety zginęli w wypadku samochodowym, a ja dość szybko dostałem w dupę od życia. Chwilę mi zajęło pozbieranie się do kupy. Złapałem pół etatu na jakimś magazynie, a przez resztę dnia biegałem po mieście, szukając sensacji, którą mógłbym uwiecznić. Raz było lepiej, raz gorzej. Niestety potem ktoś wpadł na pomysł, żeby zamontować do telefonów lepszej jakości obiektyw i większą matrycę. W tamtym momencie skończyło się rumakowanie. Każdy, kto zobaczył wypadek, wyjmował smartfona i robił fotkę lub nagrywał film. W sieci zaroiło się od portali zrzeszających tak zwanych obywatelskich dziennikarzy. Znacznie trudniej było sprzedać jakikolwiek materiał. Zwłaszcza mi, pasjonatowi ze starym sprzętem i mizernym doświadczeniem.
Zwlokłem się z wyra, złapałem za aparat i upewniwszy się, że mam ze sobą baterię i pamięć, wyszedłem na miasto. Musiałem pstryknąć coś dobrego. Jeszcze tydzień niefartu i wyląduję na bruku, myślałem wtedy. Właściwie kiedyś mogłem stanąć na środku osiedla, obracać się i robić zdjęcia. Któreś z całą pewnością uchwyciłoby jakieś patologiczne zachowanie. Tylko teraz, w czasach wszędobylskiej przemocy i pornografii nikogo już nie interesowało, że pan starszy z ulicy Pojebów bije żonę. Ludzi nie obchodziło również, że dzieci Mietczyńskich, tych mieszkających w domku jednorodzinnym na skrzyżowaniu ulic Nowobogackich i Postkomunistycznej Chołoty żrą spleśniały chleb, bo ojciec woli wydać kilka stówek na nowe kołpaki do dziesięcioletniej beemki, niż na ciepły obiad dla rodziny. Kiedyś chciałem to nawet sprawdzić. Przyczaić się za oknem i sfotografować te biedne istoty, karmione kromkami porośniętymi biało-zielonkawym kożuszkiem, ale żadna redakcja nie puściłaby takiej reweacji bez autoryzacji. Zwłaszcza, że Mietczyński liczył się na mieście. Nie można było go ruszyć, ot tak, dla zabawy. Bujałem się więc z aparatem w dłoni i duszą na ramieniu. Może to zabrzmi zabawnie, ale modliłem się o jakiś wypadek. O samobójcę albo napad, chociażby na kiosk.
Kiedy zaczynało się ściemniać, narzuciłem kaptur na głowę. Szwendałem się po pustoszejących uliczkach miasta, nadal próbując wypatrzeć sensacji. Choć doskonale wiedziałem, że mój na wpół amatorski Nikon nie potrafi zrobić zdjęcia w takich warunkach. Ja zresztą też nie. Idąc zamyślonym, skręciłem nie w tę uliczkę, w którą powinienem. Ponoć kłopoty znajduje ten, kto ich szuka. Ja szukałem ich nagminnie, ale chciałem raczej się im przyglądać, niż czynnie uczestniczyć. Inny ogląd na sprawę miał łysy dwudziestokilkuletni mężczyzna w ortalionowych spodniach, białych sportowych butach, w bluzie z napisem JP120% — i nie miał na myśli wsparcia dla zmarłego papieża — oraz z tatuażem ciągnącym się od obojczyka, przez szyję aż po skroń. Stanął pośrodku uliczki niczym bramkarz w nocnym klubie. Za mną po chwili jak spod ziemi wyrosło dwóch innych dżentelmenów. Osiedlowa elita, trzęsąca tą konkretną ulicą. Nie zapuszczali się dalej, bo tam albo zbyt często jeździły policyjne patrole, albo rządzili inni, nieco więksi gracze. Im wystarczał ten mały skrawek miasta. Aleja łącząca dwie główne arterie, tnące miasto ze wschodu na zachód. Coś jak bypass dla zakorkowanej metropolii, w której nikt już nie chce żyć, ale każdy próbuje pociągnąć choćby jeden dzień dłużej.
— Daj torbę i będziesz wolny — zaśmiał się rycerz ortalionu z gównianym malunkiem na twarzy.
Odruchowo przerzuciłem ją na plecy. Torbę znaczy.
— Jak chcesz — dres powiedział już całkiem poważnie.
Nim zdążyłem się odwrócić, jeden z gości czających się za mną przyłożył mi w potylicę. Następne co pamiętam to widok uciekających oprychów i Michała podającego mi dłoń. Michała, który pastwił się nade mną w każdej możliwej sytuacji.
— Nic ci nie jest, stary? — zapytał z troską.
Byłem skołowany. Sam nie wiem czy bardziej bolącym łbem czy postawą osiłka.
— Dzięki — wyjąkałem speszony.
Zaraz potem dotarło do mnie, że straciłem aparat. Jedyne narzędzie pracy. Ostatnią deskę ratunku przed wylądowaniem na bruku. Sposępniałem, co nie umknęło uwadze Michała.
— Choć, postawię ci browarka. Od razu ci się poprawi — zagaił.
Zbyłem go lamerską wymówką o robocie i nadal się chwiejąc, poczłapałem do domu. Chciałem się wyspać dopóki miałem jeszcze łóżko i dach nad głową. Jasna sprawa najpierw musiałem się zaprawić. Butelka Jacka Danielsa wylądowała na stoliku zaraz po tym, jak wróciłem w dobrze znane cztery kąty. Nawet nie brudziłem szklanki. Przechyliłem butelkę niczym rasowy alkoholik. Zakrztusiłem się i wylałem na siebie sporą część perfumowanego trunku. Pomyślałem, że jednak napiję się jak człowiek. Po chwili wróciłem z kuchni z odpowiednim szkłem do połowy wypełnionym kostkami lodu. Tkwiły w zamrażarce właśnie na takie okazje. Zalałem je łychą i nie czekając, aż drink się schłodzi, wychyliłem do dna. Wypiłem tak jeszcze dwie kolejki. Przy czwartej już szumiało mi w głowie. Przy szóstej przyszedł mail. Ledwo mogłem przeczytać tytuł. Goście z redakcji, któregoś z okolicznych tygodników podziękowali za zdjęcia i przelali na moje konto niewielką kwotę. Wystarczy na czynsz, pomyślałem. I może jakiś aparat w lombardzie. Uśmiechnąłem się pod nosem i usnąłem z pustą szklanką w jednej dłoni i butelką w drugiej.
Nic nie budzi mnie lepiej, niż ból głowy i suchy jak podeszwa język. A kiedy z rana do drzwi dobija się właściciel wynajmowanego lokalu, to już całkiem staję na nogi. Tym razem Mikulski wparował do mieszkania bez zaproszenia. Nie czekał nawet, aż mu otworzę. Użył własnego klucza i cholera, nie chciał dać sobie wytłumaczyć, że mam pieniądze. Kazał mi się ubrać i wywlókł na zewnątrz. Potraktował mnie tak, jak amerykańscy policjanci mają w zwyczaju traktować murzynów i meksykańców. Towarzyszył mi w drodze do samego bankomatu i dopiero, kiedy zapłaciłem za poprzedni i obecny miesiąc, uśmiechnął się uspokajająco.
— Co złego, to nie ja — rzucił, próbując nawiązać nić porozumienia i poprawiając ubranie, za które jeszcze chwilę wcześniej mnie targał przez co najmniej dwie przecznice.
W kieszeni zostawił mi mniej niż połowę sumy, którą dostałem za ostatnie zlecenie. Miałem cichą nadzieję, że czynszu za mijający miesiąc zacznie domagać się najwcześniej za dwa tygodnie. Ale nie, skurwysyn chciał wszystko od razu.
Pomyślałem, że skoro jestem na zewnątrz i delektuję się dwutlenkiem węgla, którego w powietrzu było więcej, niż samego tlenu, mogę poszukać lombardu. Najbliższy należał do dwójki Ukraińców. Niestety nie mieli na stanie nic, co by mnie zainteresowało. Potem trafiłem do Cyganów, którzy jak tylko mogli, zawyżali cenę, i Turków, gaworzących wyłącznie po ichniemu. Po drodze zahaczyłem jeszcze o sklep Arabów. Zobaczyłem stojącego na zapleczu ziomka w żonobijce i ze starym kałachem w ręce wycelowanym w sufit. Stamtąd ewakuowałem się, jak zawszeni politycy prawilnej partii po lewackim przewrocie. Czułem, że nim znajdę miejscówkę i sprzedawcę, który będzie skłonny opchnąć mi jakiegoś zdezelowanego Nikona czy Canona, przyjdzie mi chodzić po mieście przez kilka godzin.
Pomiędzy zapuszczonymi osiedlami włóczyłem się przez dobrych kilkadziesiąt minut. I kiedy zaczynało ogarniać mnie zniechęcenie, a nogi powoli odmawiały posłuszeństwa, trafiłem do pana Zdziśka. Starszy jegomość z bujnym wąsem pod nosem i rozlewającym się brzuchem, wystającym spod starego, powyciąganego swetra, chrząknął na powitanie. Kiwnąłem głową. Cieszyłem się na ten iście januszowski widok. Na półkach za metalową siatką, którą pan Zdzisiek musiał zamontować po którymś z kolei włamaniu, zobaczyłem kilkanaście obiektywów. Po półkach ledwie trzymających się ściany, walały się droższe i tańsze puchy. Gość musiał być emerytowanym fotografem. Nikt nie byłby w stanie zgromadzić takiego asortymentu wyłącznie handlując. Pewnie brakowało mu na czynsz i wyprzedawał dobytek życia.
— Szukasz pan czegoś konkretnego? — zapytał, mając nadzieję, że tym razem trafił się zdecydowany klient.
Podszedłem do lady i położyłem przed nim wszystkie pieniądze, jakie miałem w kieszeni. Poprosiłem o cokolwiek. Facet wsunął łapę pod sweter i podrapał się po pępku. Wygrzebał kawałek wełny, pomyślał chwilę i wyszedł na zaplecze. Po drodze rzucił na ziemię zrolowany w kulkę brud z pępkowej otchłani. Wrócił ze starą Minoltą. Naprawdę starą. Aparat miał lustro i mechaniczną migawkę. Na obudowie nie było nawet miejsca na elektroniczny wyświetlacz. Trzeba było mrużyć jedno oko, a drugim gapić się przez zakurzony wizjer. Obejrzałem sprzęt dokładnie i nie zauważyłem wejścia na kartę pamięci.
— Czego pan szukasz? — właściciel zapytał mnie, podejrzliwie się przyglądając.
— Gdzie jest miejsce na pamięć?
Pan Zdzisiek westchnął rozczarowany.
— Nie ma. — Zabrał mi aparat. Otworzył tylną ściankę, wyjął spod lady kliszę i włożył ją do środka. Zerknął przez wizjer i pokręcił kółkiem, znajdującym się na froncie.
— Jak długo działa na jednej baterii? — zapytałem nieco poirytowany całą sytuacją.
— Nie potrzebuje baterii. — Uśmiechnął się pod nosem, widząc moje zdziwienie. — Kręcisz pan tutaj, żeby przewijać kliszę — wskazał na pokrętło.
Nie przekonał mnie. Początkowo chciałem zabrać pieniądze i wyjść, ale tylko na ten aparat było mnie stać. Miał dobre szkło. Lepsze niż kitowe obiektywy dołączane do nowych bezlusterkowców.
— Panie, gdzie ja dzisiaj wywołam zdjęcia. Ktoś jeszcze to robi?
Gość westchnął. Miałem wrażenie, że jest rozczarowany. Wyłożył na ladę podręcznik dla początkujących i jakąś chemię.
— Dołożę to panu ekstra — powiedział. — Przeczytasz pan, co tu piszą — wskazał na książkę. — A jak sobie pan nie poradzisz, to możesz pan wywołać film u mnie.
Nadal nie byłem przekonany. Rozejrzałem się po półkach, ale nawet jeśli mogłem pozwolić sobie na tanie body, to brakowało mi na obiektyw.
— Dobra, niech pan pakuje — rzuciłem bez przekonania. — Zobaczę, ile dam radę z tego wycisnąć.
Pan Zdzisiek do papierowej torby z logo jego jednoosobowej firemki pieczołowicie zapakował aparat, podręcznik i chemię.
— Jak będziesz pan miał pytania, to zapraszam. Niech mi pan wierzy, BĘDZIESZ PAN ZADOWOLONY — powiedział z osobliwym uśmiechem. — Gwarantuję pełną dyskrecję przy wywoływaniu zdjęć — rzucił na dowidzenia.
Wyszedłem na miasto nieco zdezorietowany. Zerknąłem do torby. Zobaczyłem, że do zakupu pan Zdzich dorzucił mi jeszcze kilka filmów po dwadzieścia cztery klatki każdy. Widać los chciał, żebym zaczął uczyć się fotografii od początku, od analogowego sprzętu i zabawy w wywoływanie fotek. Powiem szczerze, czułem swego rodzaju podekscytowanie. Nie mogłem doczekać się chwili, aż zrobię zdjęcie, aż zanurzę kliszę w wodzie. Aż pochwalę się nim w redakcji Jedynej Prawdy. Żeby skurwielom kapcie pospadały.
Jak tylko zawitałem do domu, rozpakowałem nową zabawkę. Z wolna obracałem aparat w dłoniach. Wyglądał niczym Soniak wzorowany na starych, oldschoolowych Minoltach. Takich, jak ta, którą w tym momencie trzymałem przed sobą. Pomyślałem, że wygląda nieźle, jak na swój wiek. Tylko te dwadzieścia cztery klatki. Toż to można zbankrutować. W poprzednim aparacie przy jednogigowej karcie pamięci mogłem pozwolić sobie na co najmniej dwieście prób, a przecież biegałem z kartą o pojemności sześcdziesięciu czterech giga. Tutaj miałem znacznie mniejszy margines błędu. Każde zdjęcie musiało być przemyślane.
Schowałem do kieszeni dwie z pięciu klisz, które dorzucił mi pan Zdzich i wybyłem na miasto. Pod skórą czułem, że ten wieczór zmieni moje życie, że stanie się coś, co pozwoli mi wreszcie odbić się od dna. Z takim to nastawieniem krążyłem po najdłuższej alei, wzdłuż której znajdowały się najpopularniejsze kluby. Można tam było trafić na mniej lub bardziej znane twarze. Przyczaiłem się pośrodku ulicy, pod jedną z migających latarni. I czekałem. Obserwowałem ludzi, krążących od wejścia do wejścia, próbujących dostać się do któregokolwiek klubu, proszących, wręcz błagających przerośniętych bramkarzy o szansę. Ci jednak byli nieugięci. Wpuszczali tylko atrakcyjne kobiety i mężczyzn obwieszonych biżuterią, przywodzących na myśl bożonarodzeniowe drzewka. Drzewka, których trzeba się pozbyć po dwóch tygodniach, bo piją więcej niż ciotka Truda na urodzinach wujka i brudzą na dywan.
Gdzieś około jedenastej zauważyłem, jak ochroniarz klubu dla wszelkiej maści dewiantów wyrzuca na chodnik młodego chłopaczka. Na wszelki wypadek wyjąłem aparat i zerknąłem przez wizjer. Coś musiało być nie tak, bo scenę zobaczyłem jakby w szybszym tempie. Wtedy pomyślałem, że to wina sprzętu. Widziałem jak chłopak wstaje, obraca się i macha pięścią w moją stronę. Opuściłem aparat. Chłopak dopiero wstawał. Dość dziwne deja vu, pomyślałem.
— Szukasz kłopotów? — podszedł i zapytał z pretensją. Dopiero wtedy rozpoznałem w nim syna burmistrza. Pociągnął za pasek, chcąc wyrwać mi sprzęt. Powstrzymała go towarzysząca mu tamtego wieczoru młoda kobieta.
— Daj spokój — poprosiła. — Nie warto. Chodź, odwieziesz mnie do domu.
Chłopak fuknął na mnie i odstąpił. Po drodze odwrócił się raz jeszcze i zlustrował od stóp do głów, jak gdyby próbując zapamiętać moją twarz. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nie zrobiłem zdjęcia. Miałbym świetny materiał, ale widać strach przed zmarnowaniem jednej czy dwóch klatek filmu był silniejszy. I tak by nie wyszły, próbowałem się usprawiedliwić przed samym sobą. Chyba pierwszy raz od dłuższego czasu zacząłem zastanawiać się nad kompozycją i światłem. Zrobienie zdjęcia przestało być wyłączniem środkiem do osiągnięcia celu. Do przetrwania. To poprawnie skomponowane ujęcie stało się celem samym w sobie. Pan Zdzich wydał mi się wtedy bardzo mądrym człowiekiem.
Do tamtej chwili nie udało mi się dostrzec nic, co warto byłoby uwiecznić. Po prawdzie przestałem szukać. Miast tego przechadzałem się ulicami i cieszyłem oczy różnokolorowymi neonami, rozświetlającymi miejską przestrzeń. Parłem przed siebie, w bliżej nieokreślonym kierunku, ot żeby gdzieś zmierzać. Co zabawne, kiedy przestałem tak nachalnie szukać celu, to on znalazł mnie. Wszystko zaczęło się kilkadziesiąt minut później, w jednej z knajp, tych otwartych do ostatniego klienta. Usiadłem na obrotowym stołku przy barze i zamówiłem piwo. Barman postawił przede mną butelkę i kazał zapłacić z góry. Wyjąłem z portfela jeden z ostatnich dziesięciozłotowych banknotów. Poprosiłem o resztę, ale gość wskazał na cennik.
— Duże piwo za dychę? — burknąłem pod nosem. Przyzwyczaiłem się do rozwodnionych browarków za piątaka w klubach dla studentów. Przekląłem i mimo wszystko kazałem barmanowi otworzyć.
Przynajmniej było zimne. Nic mnie tak nie irytowało, jak ciepły browar.
— Przelać? — Barman złapał za szklankę.
— Nie, dzięki — odparłem rozeźlony.
Picie piwa z kufla czy nie daj Boże z kuchennej szklanki, w której na co dzień podaje się herbatę, jak praktykowała matka mojej byłej, plasowało się na drugim miejscu listy rzeczy, które doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Na trzecim było zbyt szybko pojawiające się dno flaszki. Czując narastające zmęczenie powziąłem decyzję, że pora wracać do domu. Zwlokłem się ze stołka. Zahaczyłem o kibel, jak zwykle zaszczany i śmierdzący z podłogą lepką od moczu, i kiedy wychodziłem z baru, w drzwiach minął mnie on. Rycerz ortalionu z ryjem pomazanym jakimś tatuażem. Koleś, który bez skrupułów, w biały dzień, niemal pośrodku miasta, zawinął mój aparat. Nie rozpoznał mnie. Po mętnym wzroku, który z trudem skupił na barze, wywnioskowałem, że musiał być już nieźle wstawiony. Albo upalony. Wyszedłem na zewnątrz. Przyczaiłem się po drugiej stronie ulicy w ciemnym kącie.
Chciałem mieć dobry widok na wejście. Sięgnąłem po aparat i z postanowieniem uwiecznienia tego pojeba, czekałem. Nie trwało to długo, bo po niespełna kwadransie koleś wytoczył się na ulicę. Widać ze sprzedaży mojego poczciwego Nikona nie zostało mu wiele. Uniosłem obiektyw i obserwowałem gościa, w myślach złorzecząc. Wyobrażałem sobie, jak w stanie upojenia traci równowagę i przewraca się na ulicę. Jak znienacka nadjeżdża wóz i roztrzaskuje jego paskudną gębę. Przystawiłem oko do wizjera. Zauważyłem, że dres zatacza coraz większe kółka. Traci równowagę i potyka się o coś. Wpada na ulicę. Kiedy przez wizjer zobaczyłem nadjeżdżający samochód, zderzający się z twarzą tego skurwusuna, nacisnąłem na spust i uśmiechnąłem się pod nosem. Zaraz potem dotarło do mnie, co się właśnie stało.
Odsunąłem aparat od twarzy. Spojrzałem przed siebie. Dres zataczał kółko, potknął się, przewrócił na ulicę i zginął pod kołami błękitnego, kurwa, garbusa.
Co jest, do cholery? Pomyślałem. Dlaczego widzę to samo dwukrotnie? Co się dzieje? Stałem tak zbity z tropu i przypatrywałem się ludziom. Gromadzili się wokół martwego kolesia, którego tatuaż już tylko w połowie zdobił jego paskudny ryj. Druga połowa malunku odbiła się na karoserii wozu. Zza kierownicy wyskoczył… No właśnie. Młody chłopaczek. Ten sam, który kilka godzin wcześniej doskoczył do mnie z pretensjami. Syn najważniejszej osoby w metropolii. Był sam. Rozeźlony kucnął przed maską wozu i próbował ją wyczyścić. Nawet nie przejął się tym, że właśnie zabił człowieka. Choć akurat ta śmierć była mi na rękę. I kiedy tak próbowałem zrozumieć, co się właśnie stało, przypomniały mi się słowa pana Zdzicha.
— Gwarantuję panu pełną dyskrecję — powtórzyłem półgębkiem.
Wiedział? Musiał wiedzieć. Czy to wina aparatu? Patrzyłem zdumiony, to na martwe ciało leżące wzdłuż jednej z mniej ruchliwych ulic miasta, to na trzymaną w ręce Minoltę. Szybko schowałem ją do torby i zniknąłem.
Musiałem wywołać tę fotkę. W tamtej chwili nie byłem nawet pewien, czy to wszystko miało miejsce. Może to sen, a ja leżę w mieszkaniu, najebany bardziej niż menele, którzy co rano podchodzą pod transformator widoczny z mojego balkonu, wyciągają interesy i szczają. A może to zdarzyło się naprawdę? Tylko czy, i jeśli tak, to w jaki sposób coś takiego może działać?
Kiedy dotarłem pod blok, nadał byłem roztrzęsiony. W monopolowym uzupełniłem zapas whisky. W tym samym, w którym zaopatrywali się lokalni pijacy. Dla biednej kobiety stojącej za ladą, zatrudnionej na cwierć etatu i oddającej z mizernej pensji ponad połowę wynagrodzenia za manko, musiała to być najdroższa transakcja tamtego dnia. Tyle, że w ogólnym rozrachunku zostawiłem w sklepie pewnie ledwie niewielki procent tego, co właścicielka zgarniała dzięki lokalnym smakoszom jabłkowego wina. Naprędce schowałem butelkę Jacka Danielsa do torby i w kilka minut później otwierałem ją rozdygotanymi dłońmi, wgapiając się w aparat, leżący na stoliku pośrodku niewielkiego salonu mojego równie niedużego mieszkania. To był pierwszy raz, kiedy kogoś zabiłem. Nie istotne, że nieświadomie. Czułbym się podobnie, gdybym potrącił bezdomnego. Jeśli tylko miałbym prawo jazdy i wóz. Albo gdybym strzelił do kogoś na wojnie.
Dotychczas moją jedyną bronią był obiektyw. Tyle, że to nigdy nie było narzędzie zagłady. Raczej sposób na walkę przeciw zakłamaniu, na pokazanie obłudy i prawdziwego oblicza wyższych sfer. Jeśli nawet ktoś po zobaczeniu siebie na rozkładówce w dość niekorzystnym anturażu postanawiał ze sobą skończyć, nie brałem tego do siebie. Tylko teraz przyczyniłem się do czyjejś śmierci w bardziej bezpośredni sposób.
Kolejny wieczór z rzędu złapałem za łychę. Pociągnąłem spory łyk. Nie myślałem o konsekwencjach, a smakowo Jack Daniels zaczął mi odpowiadać. Widać powoli przyzwyczajałem się do tego dziadostwa. Tylko szkoda mi było drugi raz wychylić butelkę na jednym posiedzeniu. Co gorsza w portfelu została już tylko karta kredytowa z debetem, którego i tak nie miałem zamiaru spłacać, dowód osobisty i legitymacja Klubu Amatorów Fotografii; nigdy nie byłem na żadnym spotkaniu, ale wygrałem członkostwo w jakimś internetowym konkursie. Dokument przyszedł pocztą, więc wsunąłem go w jedną z przegródek i tak został. Zawsze wyglądało to lepiej, niż pusty portfel. Czasem patrzyłem na ten kawałek tekturki. Wspominałem wtedy ciepłe mamine obiadki, bieganie z czymś na wzór lustrzanki po osiedlu i sprzedawanie fotek szmatławcom, które brały wszystko z pocałowaniem ręki. A kiedy miałem ochotę pobawić się w artystę, kombinowałem, jak zrobić to samo zdjęcie na kilka różnych sposobów. Ostatecznie wszystkie szły do kosza, ale mogłem udawać, że coś potrafię.
Gdzieś w połowie butelki przestałem wpatrywać się w aparat. Przez głowę przemknęła mi myśl. Czy powinienem go otworzyć i bawić się w mistrza postprodukcji? Czy powinienem komukolwiek pokazać to zdjęcie? Czy potrafiłbym je wywołać? Ale to nie była decyzja, którą powinienem podejmować w takim stanie. Odłożyłem rozkminę na następny poranek. Wydawało mi się, że wtedy będzie prościej. Że jakiś tajemniczy głos w głowie podpowie mi, co powinienem zrobić.
Głosik zamiast doradzić, wprowadził jeszcze większy zamęt. Obudziłem się nie tylko skołowany zajściem, którego byłem świadkiem i być może przyczyną. Zacząłem zastanawiać się, czy ktoś nie powiąże mnie z tą sprawą. Czy pieprzeni gliniarze w jakiś sposób nie dotrą do mnie. Czy odkryją, że to ja z tym cholernym, magicznym aparatem w niewytłumaczalny sposób spowodowałem wypadek. Uśmiechnąłem się przez zaciśnięte zęby. Przecież oni nie potrafią złapać zwyłych kieszonkowców. Który z nich, po pierwsze, wpadłby na taki pomysł, po drugie byłby w stanie mnie znaleźć. Po trzecie zaś, kto miałby jaja przedstawić taki zarzut. Sam naczelny wysłałby takiego gliniarza na przymusowy urlop. Właściwie to nikt nie wiedział, że miałem do gościa jakiś żal, ot znalazłem się w odpowiednim miejscu i czasie, i zrobiłem, co do fotografa należało.
Do lombardu pana Zdzicha wszedłem pewnym krokiem. Położyłem aparat na ladzie i poprosiłem o trzy komplety odbitek. Gość złapał za sprzęt, obdarzył mnie uśmiechem i wyjął film. Szybko wsunął kliszę w pojemniczek nieprzepuszczający światła i rzucił pod nosem iroczninym komentarzem. Wiedział, że nie potrafiłem tego zrobić samemu. Wiedział, że nie czułem się pewnie, że brakowało mi umiejętności. Widać gość lubił poczucie wyższości, które towarzyszyło mu w tamtej chwili. Pewnie nie miewał już wielu okazji do połechtania swego ego.
— Będą gotowe na jutro. Udało się coś złapać? — zapytał drwiąco.
— Sam pan zobaczy.
Pan Zdzich roześmiał się w głos. Śmiał się tak, że mogli go słyszeć nawet ludzie przechadzający się chodnikiem przed sklepem. Niektórzy zaciekawieni, zaglądali przez witrynę. Zobaczyłem duże, podziurawione migdałki szczerze rechoczącego przede mną mężczyzny. Trzymał się pod boki i śmiał się jeszcze chwilę po tym, jak wyszedłem skonsternowany.
Po kilku minutach zapomniałem o dość absurdalnej reakcji pana Zdzicha. Zacząłem zastanawiać się, co tym razem mógłbym sfotografować. I czy tym razem aparat również wykręci mi taki numer. W głębi pojawiła się obawa przed naciśnięciem spustu migawki. Nie chodziło już o odpowiednią kompozycję kadru czy światło. Przestałem zastanawiać się nad tym, czy będę w stanie zarobić na utrzymanie. Moją głowę zaprzątała tylko jedna myśl. Czy aparat potrafi zabić? I jeśli tak, czy dalsze korzystanie czyni ze mnie mordercę? A może to po prostu zbieg okoliczności? Pomyślałem, że przetestuję sprzęt raz jeszcze, jednak tym razem zrobię zdjęcię zwierzęciu. Czemuś, co od zawsze wzbudzało we mnie odrazę. Uwiecznię obiekt, którego śmierć wszystkim wokół wyjdzie na dobre!
W kilka minut stanąłem w jednej z ciemnych, ślepych uliczek, na końcu których zawsze znajdują się śmietniki. W okolicy przeważnie krążą dziesiątki szczurów. Przyczaiłem się w połowie, za stertą kartonów, by objąć obiektywem całą przestrzeń, od jednego budynku do drugiego. Wycelowałem w gryzonia, wbijającego zęby w leżący na środku zaśmieconej alejki kawałek zakrwawionego i pleśniejącego mięsa. Wyobraziłem sobie, że zwierzę, zajęte zajadaniem czegoś, co kiedyś było kawałkiem wieprzowej polędwicy, zostaje zaskoczone przez kota. Jakiś uliczny sierściuch zeskakuje z pobliskiego murku i jednym ruchem łapy przetrąca szczurzy kręgosłup.
Obserwowałem Majkiego przez wizjer; tak nazwałem długoogoniastego. Za nim pojawił się gruby, znudzony ulicznym życiem kocur. Nacisnąłem na przycisk wyzwalający migawkę i odsunąłem twarz od aparatu. Raz jeszcze dostrzegłem kota, zeskakującego z pobliskiego murku, za którym znajdowała się dokładnie taka sama, ślepa uliczka. Zwierzę zwinnie spadło na cztery łapy. Szczur nie był świadom nadchodzącego zagrożenia. Walczył z kawałkiem gnijącej wieprzowiny, wyrzuconej przez jakiegoś nowobogackiego palanta.
Tamtego popołudnia wykonałem kilkanaście różnych testów, a ich wyniki spisałem na kartce. Aparat był w stanie zmusić osobę lub zwierzę do jakiegoś zachowania, jeśli dana czynność była w zasięgu ofiary. Nie mogłem zmusić nikogo do zrobienia czegoś, czego taka osoba nie potrafiłaby wykonać samodzielnie. Co ciekawe, obserwując ofiarę przez wizjer, mogłem wyobrazić sobie okoliczności jej śmierci. W ten sposób zyskiwałem pewność, że mój pomysł dojdzie do skutku. Nie musiałem wszak zatwierdzać tej wizji wciśnięciem spustu migawki. W ten sposób testowałem różne scenariusze. Nie mogłem na ten przykład, zachęcić grubasa do ciągłego sprintu, chyba, że po drodze wpadał pod samochód lub umierał na zawał. Nie byłem pewien, w którym momencie taka ofiara musiałaby umrzeć, ale sama scena, którą obserwowałem na podglądzie wyglądała przekomicznie.
Nie wiedziałem także, co się stanie, jeśli wymyślony przeze mnie scenariusz będzie dla ofiary niewykonalny, ale zatwierdzę pomysł zrobieniem zdjęcia. Testując ten pomysł na innym szczurze, gryzoń po prostu padł. Być może życzenie śmierci pozostawało, ale droga prowadząca do zgonu była w takim przypadku niedookreślana i ofiara umierała, ot tak. Jednak najważniejszy wniosek, jaki wysnułem tamtego popołudnia był potwierdzeniem zatrważającej tezy. Aparat, który miałem w rękach był narzędziem zagłady. Dawał fotografowi możliwość decydowania o ludzkim losie. Z takim darem musiałem zostać szanowanym reporterem.
Nazajutrz zawitałem u pana Zdzicha. Przywitał mnie z szerokim uśmiechem i w tym samym powyciąganym swetrze, w którym widziałem go za pierwszym i drugim razem.
— Toż to nowa gwiazda — rzucił na dzień dobry.
Kiwnąłem mu głową i poprosiłem o odbitki. Wręczył mi kopertę ze zdjęciami i negatyw, zapakowany w niewielkie cylindryczne pudełeczko.
— Miał pan szczęście — powiedział, nadal nie przestając się uśmiechać.
— Dziękuję — odbąknąłem. Byłem niemal pewien, że pan Zdzich wie, co potrafi ten sprzęt. — Mogę zapłacić, jak tylko zapłacą mi za fotki — dodałem dość niepewnie. Spodziewałem się sprzeciwu, ale pan Zdzich tylko uniósł ręce uspokajająco.
— Jestem pewien, że za to zapłacą. Masz coś nowego?
Pokręciłem głową, choć w torbie znajdowały się trzy filmy gotowe do wywołania. Nie chciałem mu ich pokazywać. Jeszcze nie. Zabrałem kopertę i negatyw, i zmyłem się stamtąd najprędzej, jak tylko mogłem. Pan Zdzich wołał za mną, żebym wrócił z nowym materiałem. Przytaknąłem i pożegnałem się, zostawiając na wpół otwarte drzwi.
Przez poprzednie dwadzieścia cztery godziny zastanawiałem się, czy powinienem pokazywać te zdjęcia komukolwiek. Siedziałem na kanapie przed komputerem, raczyłem się łychą, której w butelce zostało już ledwie na jeden wieczór i rozważałem wszystkie za i przeciw. W lokalnych wiadomościach aż huczało o tragedii przed jednym z pobliskich klubów. Nikt jednak nie miał materiału. Wiedziałem, że fotki, które trzymałem pod pachą były sporo warte. Ale w tym przypadku bardziej chodziło o wewnętrzne poczucie zwycięstwa, jakie miało mi towarzyszyć, kiedy pokazałbym je naczelnemu w Jedynej Prawdzie, aniżeli o zainkasowanie sporej sumki. Wiedziałem, że szybko się odbiję.
Zacietrzewienie i chęć zgnojenia kolesia, który zabronił mi przesyłać kolejnych propozycji były powodem, dla którego to do redakcji Prawdy zaniosłem najnowszy materiał.
— Gdzie znajdę pana Figurskiego? — zapytałem siedzącą w recepcji młodą dziewczynę. Musiała studiować dziennikarstwo albo inny wielce potrzebny społeczeństwu kierunek. I wybrała redakcję, jako miejsce odbywania stażu.
— To rednacz — stwierdziła. — Tam jest jego gabinet — wskazała na przeszklone drzwi, znajdujące się po drugiej stronie pomieszczenia zastawionego kilkoma biurkami. — W jakiej sprawie?
Pokazałem dziewczynie kopertę ze zdjęciami.
— Mam tu coś, co go zainteresuje — rzuciłem, kierując się wprost do gabinetu redaktora.
Wołała za mną, że nie można, ale zignorowałem ją. Parłem przed siebie, mimo dziennikarzy, wstających od biurek na mój widok i próbujących zrozumieć, co się dzieje. Wtargnąłem do gabinetu redaktora naczelnego Jedynej Prawdy.
— Co pan? — zaczął szczupły mężczyzna z bujnym wąsem pod nosem. Ze spodni zaprasowanych w kant wychodziła pomięta koszula.
Rzuciłem na blat jego biurka kopertę z fotkami.
— Robert Piotrowski. To do mnie wysłał pan maila z prośbą o zaprzestanie wysyłania zdjęć.
Mężczyzna wstał, poprawił okulary, spoczywające do tej pory na końcu jego nosa i sięgnął po beżową kopertę. W drzwiach pojawiło się dwoje dziennikarzy, mężczyźni około czterdziestki, z zakolami, najpewniej po rozwodach. I recepcjonistka. Naczelny odprawił ich i kazał zamknąć drzwi. Przejrzał fotki i pokiwał głową z uznaniem.
— Czego chcesz? — zapytał z powagą.
Chwilę rozważałem, co mu powiedzieć. Kiedy zmierzałem do redakcji, byłem gotów wyśmiać go. Pokazać fotki, narobić nadziei i pójść do redakcji innego, najmniej poważanego tygodnika w okolicy. Ale stojąc vis a vis z naczelnym względnie szanowanej w tej części miasta gazety, zacząłem szacować potencjalne zyski.
— Etatu — słowo samo wyszło z moich ust. — Albo chociaż stałego zlecenia.
Naczelny nie zaśmiał się, właściwie nie zareagował w żaden sposób. Usiadł na krześle.
— Przynieś więcej takich zdjęć. I zgłoś się do Krysi po wypłatę — polecił, wypisując na żółtej samoprzylepnej karteczce kwotę za dostarczony materiał.
Czterocyfrowa suma zrobiła na mnie wrażenie. Zabrałem ten swoisty kwit i nie odzywając się do ludzi pracujących w redakcji, spoglądających na mnie z pretensją z ponad ekranów komputerów, podszedłem do biurka młodziutkiej blondynki. Podałem jej małą karteczkę, dopisawszy wpierw numer konta, na który mieli wykonać przelew. W tamtej chwili wszystkie moje wątpliwości się rozmyły. Wiedziałem, że wkroczyłem do nowego świata. Ba, miałem stworzyć nowy świat. Krainę, w której nie ostanie się żaden szczur.