O bullyingu i radzeniu sobie w życiu, kiedy ma się ledwie kilkanaście lat.

Zapach tartanu, rozgrzanego przez prażące, letnie słońce, kojarzy się Michałowi przede wszystkim ze strachem. Michał boi się bowiem chadzać na szkolne boisko, w całości pokryte bordowo-zielonym poliuretanowym tworzywem. To właśnie tam bije go Darek, starszy kolega z klasy.
Dzieje się to na ogół po lekcjach. Kiedy rozbrzmiewa ostatni dzwonek, Dariusz zwyczajowo łapie Michała za koszulkę i ciąga brukowanym chodnikiem na bieżnię, w najdalszy kąt boiska, z dala od wzroku nauczycieli. Wtedy wokół tłoczą się pozostali uczniowie — czasem również uczennice — a Misiu, bo tak wołają Darka w klasie, przewraca Michała na ziemię. Na ogół podstawia mu nogę, albo rzuca nim o grunt, potem obraca na brzuch i wbija kolano między jego łopatki. Michał natomiast, paraliżowany strachem, i jasna sprawa przez wątłość swych mięśni, nie oponuje. Raz czy dwa próbował się wyswobodzić, ale po jeszcze większych bęckach dotarło do niego, że nie ma sensu się bronić, że to nic nie da. Lepiej pozwolić starszemu koledze zrobić, co musi. Szoruje więc swym tłustym policzkiem po malutkich pokruszonych drobinkach uszkodzonej nawierzchni. Jest niczym szmaciana kukiełka, która walą się po podłodze. Sunie tak po ziemi, aż skóra jego napuchniętej twarzy nabrzmiewa, a pod nią pojawia się krew.
Koledzy z klasy, z jakiegoś powodu, raczej nieznanego Michałowi, kibicują Darkowi, zachęcają, by nie przestawał. Jakby nie lubili Michała, a przecież w ciągu dnia nikt nie przejawia wobec niego niechęci. Spotyka się raczej z niemym unikaniem, w którym nie dostrzega wrogości. Może więc chodzi o strach? Może oni także boją się Darka i dla własnego bezpieczeństwa obierają stronę silniejszego? Michał ma jednak do nich pretensje, że nikt nigdy nie staje w jego obronie. Czuje się porzucony.
Tak wyglądają niemal wszystkie popołudnia Michała. Czasem udaje mu się uciec ze szkoły. Czmycha tylnym wyjściem, przemyka przez uchyloną furtkę, którą z jakiegoś powodu tam zamontowano, i gna w kierunku domu. Dalsza droga wiedzie pomiędzy płotem okalającym budynek szkoły a dużą górką, którą budowlańcy pozostawili chyba specjalnie, żeby dzieciaki z okolicy zimą mogły zjeżdżać na sankach. A może nie chciało im się jej uprzątnąć? Mimo wszystko, jest to dobra droga. Daleka od boiska, skryta pomiędzy krzakami i chwastami, sięgającymi ponad głowę przeciętnego nastolatka.
Udręka Michała trwa przez całe gimnazjum. Ulga przychodzi w wakacje, bo lipcem i sierpniem nie trafia na Darka. To pozwala mu odetchnąć. W czerwcu, kiedy kończy wreszcie drugą klasę, odbiera świadectwo i nerwowo oglądając się za siebie, wraca do domu. Nie jest prymusem, ale nie bywa też najgorszy, a już na pewno uczy się o wiele lepiej od swojego oprawcy. Być może to jeden z powodów, dlaczego Darek się na niego uwziął.
Michał z niemałym trudem gramoli się na ostatnie piętro bloku, w którym mieszka z matką i ojcem alkoholikiem. W sieni jest chłodno. Da się odsapnąć, jeśli komuś nie przeszkadza dym papierosowy. Sąsiedzi lubią przecież wyjść do okna na klatce i zapalić.
Michał zdyszany stawia nogę za nogą po schodach pnących się chyba ku samemu niebu. Idzie wolno, bo po pierwsze, nie potrafi iść szybciej, po drugie, chce się ochłodzić, a po trzecie, z jakiegoś powodu obawia się wejść do mieszkania. Każdy powrót odwleka w czasie. Nie rozumie tego poczucia, przecież jego rodzice nie zwracają uwagi na jego oceny. Nigdy nie pytają Michała, co u niego. A kiedy już zdarza się, że matka zagaduje go o dzień w szkole, zwyczajowo odpowiada, że wszystko dobrze i zamyka się w pokoju. Siada przy biurku, na którym stoi duży, stary monitor. Ojciec kiedyś wyprowadził go z magazynu i dał synowi w prezencie. Mirek włącza więc komputer i zatraca się w cyfrowym świecie.
W wakacje ogrywa Baldurana albo innego RPG’a. Może sobie na to pozwolić, ma sporo czasu. Nie musi przecież wstawać wcześnie rano. Przy komputerze spędza większość dnia, i część nocy. Z mieszkania znika na kilka godzin, głównie popołudniami, na czas, kiedy do domu dotacza się jego ojciec, często zalany w trupa; z pretensją przekracza próg, potem zalega na łóżku w małym pokoju i albo śpiewa, albo chrapie, a matka zamyka drzwi, twierdząc że tata jest zmęczony po dniówce, co rzecz jasna jest ściemą, ale Michał udaje, że gra w tę ich zabawną gierkę.
— Dokąd idziesz? — Matka czasem pyta, ale raczej dla pozoru, niż z faktycznej ciekawości czy troski. Tak przynajmniej wydaje się Michałowi.
— Na dwór — odpowiada wtedy sucho, ale szczerze. Nie wie przecież, gdzie go poniesie.
I tak mija mu lipiec. Ciepły, przeplatany burzami, raczej samotny, bo po podwórku włóczy się sam. Zdarza się, że spotyka jakichś kolegów, ale oni na ogół zdają się albo zajęci swoimi sprawami, albo jawnie go unikają. Raz proponują Michałowi grę w podchody. Michał ma ich szukać, ale oni, chytrze i złośliwie biegną do swoich domów i zerkają przez okna. Są ciekawi, kiedy Michał się podda. On zaczyna wtedy rozumieć, jaki mają do niego stosunek. I co musi zrobić. Odcina się więc od ludzi. Jeszcze więcej czasu spędza przed ekranem. Tyle, że ostatniego dnia lipca spotyka Artura, na którego wszyscy wołają Arczi. Chodzi z nim do klasy właściwie od zawsze. Dawniej, jeszcze w przedszkolu i potem podstawówce byli dobrymi kumplami, lecz kiedy Artur zaczął słuchać rapu i udawać murzyna — chadza w za dużych spodniach ze spuszczonymi szelkami i zaplótł sobie warkoczyki a’la Snoop Dog — Michał postanowił zerwać znajomość. Ta decyzja kosztuje go ostatniego znajomego i od tamtej chwili z Arczim wymienia się już tylko grami i niezobowiązującym: siema.
Tym razem Arczi człapie w podrobionych conversach przez osiedle z boom boxem na ramieniu. Buja się przy tym, jak czarnoskóry po Bronxie. Naoglądał się pewnie teledysków na MTV, myśli Michał. Obserwuje, jak jego kolega, w towarzystwie dwóch innych, nieznanych mu chłopaków, zmierza w kierunku szkolnego boiska. Patrzy na nich z oddali, być może z nutką zazdrości. Dla nich musi sprawiać wrażenie opóźnionego w rozwoju, przyglądającego się tępo scenie, której nie rozumie.
— Kto to? — jeden z chłopaków pyta Arcziego szczerze zaciekawiony.
— Ziom z klasy — Arczi bąka pod nosem beznamiętnie.
Michał czuje się jak komar, którego się odgania. Ale tamten chłopak nie daje za wygraną.
— Chcesz iść z nami? — pyta, a potem, jasna sprawa, odwraca się ku Arcziemu i rechocze szyderczo.
Michałowi nie podoba się ten śmiech, doszukuje się w nim podstępu. Ale z braku laku rusza za nimi. Trzyma się z tyłu, gotów do ucieczki. Trwa w napięciu, to pozwala mu unikać kłopotów, o których powielekroć opowiadała mu matka.
— Drzazga — kumpel Arcziego zwalnia i się przedstawia.
Michał przybija mu żółwika. Potem obija dłoń chłopaka z góry i z dołu, by zakończyć powitanie objęciem i poklepaniem się po plecach.
— Tuja — odzywa się drugi z chłopaków.
Wtedy Michał parska śmiechem.
— Tuja i Drzazga? — Wyszczerza zęby.
— Tujewicz i Drzazgowski — Arczi wyjaśnia. A potem raz jeszcze wszystkich pospiesza.
Ale Tujewiczowi trudno iść. Dźwiga na ramieniu kawałek gumolitu, który podskakuje przy każdym kroku. Drzazga oprócz plecaka, niesie jakąś torbę, wyładowaną ubraniami. A Arczi dalej człapie przed nimi z radiem na ramieniu.
Kiedy docierają na boisko, Tujewicz rozkłada okładzinę, Artur stawia obok tanie radio z otworem na kasety, a Drzazga wyjmuje z torby czapki. Michał staje z boku i patrzy na nich, jak na dziwaków.
— Po co wam te czapki? Jest w chuj ciepło.
Tuja zaśmiewa się pod nosem. Pokazuje Michałowi materiał naszyty na górną część, a kiedy Michał wzrusza ramionami nierozumiejąco, Drzazga poleca Arcziemu zapodać bit. Chwilę się rozgrzewa, wykonuje kilka kroków, nakłada czapkę na dłoń, materiałem w kierunku gumolitu i zaczyna kręcić się na jednej ręce, czym wprawia Michała w osłupienie.
— To break dance?
— Się wie. — Arczi szykuje się na swoją kolej. Najpierw strzela palcami, potem rozciąga ramiona. Na koniec jeszcze rozgrzewa kark.
Cała trójka naprzemiennie wchodzi na kawałek gumolitu, na którym kręcą się na głowach. Czasem ktoś z boku robi falę, albo stojąc wyłącznie na rękach, kręci nogami w powietrzu, przywodząc na myśl helikopter. Arczi lubi też udawać robota, choć Michałowi wydaje się to głupie. Być może dlatego, że jego kolega robi to dość nieporadnie.
— Spróbujesz? — w pewnym momencie Drzazga zagaduje Michała.
Michał odmawia. Być może tchórzy, a może nie czuje się gotowy. Ale podoba mu się wizja spędzenia reszty wakacji w ten sposób. Wreszcie może się w coś wkręcić, dokądś uciec. Dlatego kiedy tylko może, pojawia się na tartanie i obserwuje kroki pozostałej trójki, próbując się czegoś nauczyć. Czasem dociera na boisko jako pierwszy. W takiej sytuacji rozgląda się nerwowo. Upewnia się, że w pobliżu nie ma Darka. Ale ten wysoki chłopak z głupim wyrazem twarzy, widać jego brak intelektu zaczął wylewać się również na zewnątrz, jakoś nie kwapi się by postawić nogę na boisku poza rokiem szkolnym.
Na tydzień przed końcem wakacji, Arczi daje znać Michałowi, że Drzazga i Tuja planują zorganizować ognisko. Dla Michała jest to dość osobliwa sytuacja, bo dotychczas nikt nie proponował mu wspólnego spędzania czasu. Zgadza się więc, choć trudno mu pozbyć się podejrzeń. W umówionym miejscu stawia się wcześnie. Być może zbyt wcześnie, bo na resztę chłopaków czeka godzinę. Boi się w duchu, że kiełbasa w jego plecaku się popsuje. Ale nie potrafi inaczej. Woli wyjść z domu zanim ojciec zdąży wrócić. A skoro ani Drzazgi, ani Tujewicza czy Arcziego jeszcze nie ma, zakłada, że w ich rodzinach bywa normalniej. Nie ma do nich pretensji, choć czuje się głupio, stercząc pośród pustego parkingu w piekącym słońcu.
Po godzinie przybija piątki ze wszystkimi i docieka, gdzie mają prowiant.
— Jaki prowiant, ziomuś? — Drzazga pyta Michała z oburzeniem.
— No Arczi mówił, że będziemy robić ognisko. — Michał ma wrażenie, że jego policzki zaczynają się czerwienić.
Wtedy Tuja zaśmiewa się w głos i kiwa głową z uznaniem.
— Ano będziemy. — Arczi dodaje równie rozbawiony. — Tomek rozjebał drzwi w bloku i chcieliśmy je zjarać.
Michał patrzy na Artura z szeroko otwartymi ustami. Potem do niego dociera, że usłyszał imię, którego jeszcze nie zna.
— Tomek?
— To jest, kurwa, Tomek. — Arczi pokazuje na Drzazgę.
Drzazga i Tuja śmieją się jak głupi do sera, jak upaleni. Co zresztą często sugerują, choć Michał zakłada, że to czcze przechwałki. Nie zna nikogo, kto palił by skręty. I jest mu dość przykro, że z ogniska nici. Lubi jeść, zresztą jego postura świetnie to podkreśla. Brzuch ma tak duży, że ledwo widzi własne stopy.
— To co, idziesz? — Arczi pyta Michała, kiedy pozostali znikają za drzwiami klatki schodowej pobliskiego bloku.
Michał waha się dłuższą chwilę. Wreszcie dość niepewnie zachodzi na parter. Tam czeka przez moment, a kiedy słyszy krzyki z góry, pretensje jakiejś kobiety, która wyszła na klatkę i zaczęła wzywać policję, szybko ucieka. Spędza wieczór przy ekranie, zajadając strach bułką z kiełbasą, tą, którą chciał upiec nad ogniem. Dzień później dociera do niego plotka o zatrzymaniu kogoś w związku z pożarem w jednym z bloków. Ale nie daje jej wiary. Dopiero w szkole dowiaduje się od Arcziego, że złapali Drzazgę. Ponoć grozi mu kilka miesięcy odsiadki. Cała ta sytuacja sprawia, że Michał traci zapał do kolejnych spotkań z Arturem i jego ziomkami. Ale ostatecznie Drzazga wychodzi, rzekomo przez niską szkodliwość czynu. Spotykają się więc z nim na boisku w pierwszym tygodniu września. Jak zwykle Tomek przynosi czapki, Tuja gumolit, a Arczi targa ze sobą tego absurdalnego boom boxa i puszcza głośno Freestyler’a, do którego próbują układać choreografię pod jakiś konkurs. Kiedy opadają z sił, siadają na kawałku tartanu i Artur wyjmuje paczuszkę. Małe zawiniątko, w którym Michał dostrzega foliowy woreczek.
— Co to? — pyta z obawą. Wie, co się kroi. Czuje to pod skórą.
Arczi uśmiecha się szelmowsko.
— A jak myślisz? — odpowiada rozbawiony i zaczyna zawijać susz w bletki.
Potem skręca i przypala. Podał jointa Wierzbie. Ten bierze zbyt dużego bucha, za co Drzazga go karci.
— Dawaj to, bo nie starczy dla wszystkich. — Tomek zaciąga się, aż dym wychodzi mu nosem. — Chcesz? — Spogląda na Michała, odrobinę się krztusząc. Widać mimo wszystko nie jest jeszcze tak doświadczony.
Michał wygląda na przerażonego. Próbuje wyłgać się jakimiś obowiązkami i szybko ucieka z boiska. Zaczyna rozumieć, w jakie towarzystwo się wkręcił. Uznaje za dobry pomysł, by wypytać Arcziego o wszystko następnego dnia, w szkole. Osacza go zaraz przy wejściu i zasypuje gradem dociekań.
— Pogrzało cię? Chcesz o tym nawijać tutaj? — Arczi warczy na Michała. Ciągnie go gdzieś w głąb pustego, szkolnego korytarza. Odzywa się dopiero po chwili, kiedy już się uspokoił. Jego głos przybiera bardziej normalny ton. — Drzazga wychował się w bidulu. Teraz mieszka z babką. I musi jakoś dorobić, więc czasem coś sprzedamy ziomalom na dzielnicy.
— A Tuja? Jego rodzice nic nie wiedzą?
Arczi wzrusza ramionami.
— Mają to w dupie. Ojciec Tujewicza ponoć siedział. Teraz wrócił do domu, ale ciągle go niema. Wierzba twierdzi, że puszcza się z jakaś kurwą z osiedla.
Michał kiwa głową ze zrozumieniem.
— A twoi? Nie plują się?
— Matka gówno wie. A starego nie mam.
Na te słowa Michał się dziwi. Widział przecież, jak mama Artura chodzi po osiedlu za rękę z jakimś gachem.
— To nie mój stary — Arczi stwierdza beznamiętnie, jakby już okrzepł z myślą o tym, że ma nowego rodzica. — Matka się z nim ochajtała, jak mój biologiczny gdzieś spierdolił.
Michał robi minę, jakby było mu przykro. Ale nie wygląda przekonująco.
— Jebać to — Arczi dodaje zaraz i chce odejść. Ale Michał go zatrzymuje, łapie za rękę.
— Tak w ogóle, to skąd to masz?
— Nie interesuj się — Arczi znów zaczyna burczeć. Widać drażnią go pytania o narkotyki. Wyrywa dłoń. Zostawia Michała samego w korytarzu. Zamyślonego, odrobinę zatroskanego.
Michał uznaje jednak, że tak tego nie zostawi. Że będzie śledził Artura. Czasem budzi się w nim swoisty mesjanizm, jakieś chore poczucie misji. I w tym przypadku jest podobnie. Chce wiedzieć, skąd jego kolega bierze towar. I być może donieść o tym jego matce. Rzecz jasna, dla jego, Arcziego, dobra.
*
Teren szkoły graniczy z polem Rybarczyka. Dawniej rosło tam zboże, ale teraz ponoć nie opłaca się już czegokolwiek siać, więc Rybarczyk ogrodził teren i szuka frajera, który zapłaci najwięcej. Część pola sprzedał miastu, pod szkołę. Resztę zostawił sobie na potem, widać wierzy, że ktoś wreszcie kupi ziemię i zbuduje nowe osiedle. Albo sklep. Pole zarasta więc trawą, a teren wokół porastają krzaki i drzewa. W tamtym też kierunku idzie Arczi, zaraz po lekcjach. Zarzuca niemal pusty plecak na ramię i zmywa się z budy, nerwowo oglądając się za siebie, jakby bał się, że ktoś może go śledzić.
Michał czeka na odpowiedni moment, nie chce dać się przyłapać. Upewniwszy się, że Artur już wyszedł i jest odpowiednio daleko, staje w drzwiach i zagląda z ukosa na miejsce, w którym teraz kręci się jego dawny kumpel. Nim na dobre wychodzi ze szkoły, ktoś łapie go za ramię. To Misiek staje ponad nim i szczerzy zęby. Kieł w jego ustach sczerniał. Psuje się, pewnie próchnica zaraz przejdzie na kolejne zęby. Ale jego matka nie ma pieniędzy na dentystę. Dlatego Darek zapewne zaraz będzie rzucał się z pięściami na dzieci, które noszą aparat na zębach, myśli sobie Michał i uśmiecha się pod nosem, czym jeszcze bardziej denerwuje Miśka.
— Chodź! — osiłek chwyta Michała za ubranie i chce pociągnąć na boisko. — Zobaczymy, czego się nauczyłeś przez wakacje.
Ale Michał nie ma zamiaru godzić się na takie traktowanie. Odpycha od siebie Darka, bodaj po raz pierwszy w życiu. Darek jednak stoi tam, gdzie stał. Michał wciąż nie ma na tyle siły, by go ruszyć.
— Pieprz się. Mam ważniejsze rzeczy do roboty.
To rzecz jasna nie podoba się Miśkowi. Zbliża się do Michała i unosi zaciśniętą pięść, ale w tym momencie zatrzymuje go nauczycielka. Każe mu iść do dyrektorki. Spogląda jeszcze na Michała, który przed momentem skulił się jak psiak, przywiązany do płotu, czekający na pana, który zaszedł do sklepu po wino. Ale Michał wybiegł ze szkoły. Zdaje sobie sobie sprawę, że mu się oberwie, tyle, że teraz się tym nie martwi. Ma ważniejsze rzeczy do roboty.
Arczi kręci się obok krzaków, których pełno przy piaszczystej drodze, ciągnącej się na kilometr pomiędzy polem a szkolnym płotem. Sprawia wrażenie podenerwowanego. Rozgląda się, zerka na ekran telefonu. Po kilku minutach z głównej drogi na tę poboczną, nieutwardzoną ścieżkę wjeżdża czerwone Mitsubishi z przyciemnionymi szybami. Okno od strony kierowcy zjeżdża w dół. Michał nie widzi dobrze, co dzieje się w samochodzie. Ale kiedy kierowca wyskakuje z auta i zakuwa Artura w kajdanki, kilkaset metrów dalej Drzazga ucieka w popłochu. W tej też chwili, kiedy tajniacy pakują Artura do wozu i wiozą na komendę, Michał zdaje sobie sprawę, że to dla niego koniec przygody z break dancem. Że traci kolejne miejsce, w które może uciekać z pustego domu; z miejsca, które miało być jego twierdzą, a stało się pustynią.